Wiem, że dziś Prima Aprilis - ale naprawdę wszystko układa się świetnie. Może poza bólem głowy i tymi zaspami śnieżnymi. Tęsknię za wiosną i słońcem. Ale to jedyne za czym tęsknię. I lubię siebie taką bez tęsknot, za to zadowoloną.
Wczorajsze pragnienie
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Bo się pomylisz...
Minęły dokładnie trzy miesiące od ostatniej notki. A w moim życiu wszystko, jak zwykle, układa się przedziwnym trafem. Jest świeżo, pogodnie i optymistycznie. Uśmiecham się dzień w dzień, od ucha do ucha. Ba, rżę wręcz nieraz i miewam TEN uśmiech na twarzy.
wtorek, 1 stycznia 2013
Duality
W ubiegłym tygodniu podsumowałam zeszły rok: oduczyłam się przywiązywać do ludzi i nauczyłam się odwiązywać od tych już przywiązanych. Co jest nie lada wyczynem dla osoby, która żyje dla innych. Dla osoby, która nie widziała sensu w istnieniu jeśli ludzi wokół brak. Z pewnością jeśli brak tej jednej osoby. Nauczyłam się jednak funkcjonować sama ze sobą. Sama ze sobą w czterech ścianach. Chwilami nawet godzę się z tym, że nie jestem idealna. W świątecznym smsie dostałam życzenia cierpliwości dla, którzy mnie kochają. Uśmiałam się i pomyślałam, że już bardziej cierpliwa być nie mogę. I zaraz w głowie pojawiła mi się piosenka Kasi Sobczyk:
'O mnie się nie martw,
o mnie się nie martw,
ja sobie radę dam.
Jesteś to jesteś,
a jak Cię nie ma
to tez niewielki kram'
Przestałam potrzebować ludzi. Przestałam potrzebować ich bliskości. Inaczej - przestała mi być ona niezbędna do szczęścia. Usłyszałam, że to smutne. Być może. Przynajmniej nauczyłam się, że liczyć mogę na siebie. Jeśli zawiodę, to to zaboli mniej, niż gdy zawiedzie ktoś bliski. Bo swoje zachowania mogę przewidzieć.
Ostatnio w rozmowie ze znajomą powiedziałam, że nie ma już w moim życiu ludzi 'na całe życie'. Kiedyś byli, a przynajmniej ja chciałam by tak było. Byłam pewna, że będą przyjaciółmi, że będą blisko. Teraz cieszę się, że mam tą swoją byłą (tak, to o Tobie, A.), lubię obecność Księciunia. Ale przezornie nie powiem, że są na całe życie. O A. myślę jako o przyjacielu, ale nie powiem tego na głos. Księciunia nie potrafię i nie chcę katalogować. Mam rodzinę. I tą - mam nadzieję - mam na całe życie.
Są jeszcze osoby, które teoretycznie są, lecz gdzieś z oddali. Osoby, z którymi nić porozumienia się gdzieś obecnie zatarła. Rozumiejąc, że mają swoje życie, dopasowałam swoje do tego co stosunkowo constans.
Z drugiej strony miewam dni, kiedy myślę, że przydałby mi się KTOŚ. Że przydałoby się wypełnić te mieszkanie czyjąś obecnością. Że jednak nie radzę sobie sama. Że tęsknię do bliskości, czułości. Że może po prostu dobrze by mi czyjaś bliższa obecność zrobiła. Ale zaraz potem dochodzę do wniosku, że ja sobie nie wyobrażam nikogo w moim życiu. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto po nocy nie wyjdzie najpóźniej po śniadaniu. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto zajmie moją przestrzeń, kto zajmie moje półki i szuflady. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś miał mnie teraz ograniczać i dyscyplinować. Żebym miała się teraz do kogoś dopasowywać i układać. W mojej głowie istnieje myśl, że nie po to dano mi wolność i przestrzeń, żebym nie wykorzystała tego na jak najlepsze poznanie siebie.
A zaraz potem przychodzi taki dzień jak dziś. Dziś minęłaby dziesiąta rocznica. Drugi rok, kiedy nie mam dobrych wspomnień z tym dniem. Noszę więc nostalgię ze smutkiem.
I sama nie wiem co o tym myśleć. Bo nie tęsknię. Nie myślę. Cieszę się, że tej niestabilności już nie ma, że nie muszę znajdować w sobie siły na (i za) dwie osoby. Odbieram to doświadczenie jako swoistą porażkę. Choć nie żałuję. Raczej jest to klarowność, że 'wyobrażenia o' i 'życie z' to nie jest to samo. Jasność, że nigdy nie dam rady chcieć, działać za dwie osoby. Jest też to moja własna porażka - bo w pewnym momencie się poddałam, nie czyniąc kroku. A kiedy spróbowałam go zrobić, dałam się omamić i zafundowałam sobie agonię. A przecież ja chciałam tylko kochać i być kochaną.
I na koniec tego dnia myślę, że to po prostu sentyment. A to oznacza, że się starzeję.
'O mnie się nie martw,
o mnie się nie martw,
ja sobie radę dam.
Jesteś to jesteś,
a jak Cię nie ma
to tez niewielki kram'
Przestałam potrzebować ludzi. Przestałam potrzebować ich bliskości. Inaczej - przestała mi być ona niezbędna do szczęścia. Usłyszałam, że to smutne. Być może. Przynajmniej nauczyłam się, że liczyć mogę na siebie. Jeśli zawiodę, to to zaboli mniej, niż gdy zawiedzie ktoś bliski. Bo swoje zachowania mogę przewidzieć.
Ostatnio w rozmowie ze znajomą powiedziałam, że nie ma już w moim życiu ludzi 'na całe życie'. Kiedyś byli, a przynajmniej ja chciałam by tak było. Byłam pewna, że będą przyjaciółmi, że będą blisko. Teraz cieszę się, że mam tą swoją byłą (tak, to o Tobie, A.), lubię obecność Księciunia. Ale przezornie nie powiem, że są na całe życie. O A. myślę jako o przyjacielu, ale nie powiem tego na głos. Księciunia nie potrafię i nie chcę katalogować. Mam rodzinę. I tą - mam nadzieję - mam na całe życie.
Są jeszcze osoby, które teoretycznie są, lecz gdzieś z oddali. Osoby, z którymi nić porozumienia się gdzieś obecnie zatarła. Rozumiejąc, że mają swoje życie, dopasowałam swoje do tego co stosunkowo constans.
Z drugiej strony miewam dni, kiedy myślę, że przydałby mi się KTOŚ. Że przydałoby się wypełnić te mieszkanie czyjąś obecnością. Że jednak nie radzę sobie sama. Że tęsknię do bliskości, czułości. Że może po prostu dobrze by mi czyjaś bliższa obecność zrobiła. Ale zaraz potem dochodzę do wniosku, że ja sobie nie wyobrażam nikogo w moim życiu. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto po nocy nie wyjdzie najpóźniej po śniadaniu. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto zajmie moją przestrzeń, kto zajmie moje półki i szuflady. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś miał mnie teraz ograniczać i dyscyplinować. Żebym miała się teraz do kogoś dopasowywać i układać. W mojej głowie istnieje myśl, że nie po to dano mi wolność i przestrzeń, żebym nie wykorzystała tego na jak najlepsze poznanie siebie.
A zaraz potem przychodzi taki dzień jak dziś. Dziś minęłaby dziesiąta rocznica. Drugi rok, kiedy nie mam dobrych wspomnień z tym dniem. Noszę więc nostalgię ze smutkiem.
I sama nie wiem co o tym myśleć. Bo nie tęsknię. Nie myślę. Cieszę się, że tej niestabilności już nie ma, że nie muszę znajdować w sobie siły na (i za) dwie osoby. Odbieram to doświadczenie jako swoistą porażkę. Choć nie żałuję. Raczej jest to klarowność, że 'wyobrażenia o' i 'życie z' to nie jest to samo. Jasność, że nigdy nie dam rady chcieć, działać za dwie osoby. Jest też to moja własna porażka - bo w pewnym momencie się poddałam, nie czyniąc kroku. A kiedy spróbowałam go zrobić, dałam się omamić i zafundowałam sobie agonię. A przecież ja chciałam tylko kochać i być kochaną.
I na koniec tego dnia myślę, że to po prostu sentyment. A to oznacza, że się starzeję.
poniedziałek, 15 października 2012
Delete - czyli po drugiej stronie 'nielustra'.
Usunęłam się z relacji międzyludzkich. Trochę z obawy, że kogoś obciążę sobą nadto, trochę z obawy przed relacjami w ogóle.
S.: Nie jest Ci samotnie tak samej w domu?
Ja: Nie. To znaczy wiesz - mam swoje dni, ale nauczyłam się być ze sobą.
S.: I co robisz, jak nie chcesz być sama?
Ja: To nie jestem. Albo i jestem.
Nie zauważył, że spotykamy się rzadko, jak na nas bardzo rzadko. Normalnie zapytałby, z kim się zatem widuję. Widujemy się tylko, kiedy on sam zaproponuje spotkanie. Choć czasem pyta, dlaczego się nie odzywam, to nie zauważył, że relacja nam się zmieniła. I nie wie, że już nie wróci na swój pierwotny tor. Ciężko mi się już chyba przyjaźnić. Ciężko, bo nie chcę wchodzić w relacje, w których dostanę po tyłku. A już na pewno nie wejdę w relację, w której już raz po nim dostałam. Z reszty na wszelki wypadek sama się wycofuję.
PS. Nienawidzę jesieni. Nienawidzę zimy. Nienawidzę zimna i braku słońca - wtedy zawsze jest mi jakoś gorzej. Trzecia z kolei zapowiada się istną tragedią.
I choć ostatnim marzeniem kilku miesięcy jest wyjazd do Norwegii i Szwecji, wiem, że za Chiny Ludowe nikt mnie tam nie wyśle na stale. Liczba samobójstw z powodu pogody jest tam za wysoka.
Przedstawiam wszystkim wygodną wersję samej siebie. Znów gładkimi kłamstwami tłumaczę, że potrafię być ze sobą. Że pogodziłam się z samotnością. Kłamię tak sprawnie, że czasami sama w to wierzę. A tak naprawdę pogodziłam się z tym, że historia jest zmienna, że los toczy się we własnym, nieprzewidywalnym kierunku. Pogodziłam się, że nie ma u mego boku M. i z tego jednego jestem nawet bardziej niż zadowolona. Jednakże z samotnością pogodzić się nie potrafię. Mimo, że czasem potrzebuję przestrzeni do swobodnego oddechu.
Zauważyłam, że im bardziej samotna się czuję, a zdarza mi się to coraz częściej, tym bardziej wyłączam się ze świata zewnętrznego. Tworzę sobie więc błędne koło. Zamykam się w świecie książek, czy wizji reżyserskiej oglądanego obrazu. I na ogół wyłączam myślenie. Mogłabym powiedzieć, że jest mi wtedy dobrze, ale to tylko zawieszenie. Do czasu, aż słowa, obraz, dźwięk nie doprowadzą mnie do bezdechu na kanapie.
S.: Nie jest Ci samotnie tak samej w domu?
Ja: Nie. To znaczy wiesz - mam swoje dni, ale nauczyłam się być ze sobą.
S.: I co robisz, jak nie chcesz być sama?
Ja: To nie jestem. Albo i jestem.
Nie zauważył, że spotykamy się rzadko, jak na nas bardzo rzadko. Normalnie zapytałby, z kim się zatem widuję. Widujemy się tylko, kiedy on sam zaproponuje spotkanie. Choć czasem pyta, dlaczego się nie odzywam, to nie zauważył, że relacja nam się zmieniła. I nie wie, że już nie wróci na swój pierwotny tor. Ciężko mi się już chyba przyjaźnić. Ciężko, bo nie chcę wchodzić w relacje, w których dostanę po tyłku. A już na pewno nie wejdę w relację, w której już raz po nim dostałam. Z reszty na wszelki wypadek sama się wycofuję.
W tym moim strachu czasem boję się, że strach będzie jedynym pełnoprawnym towarzystwem mojego życia.
PS. Nienawidzę jesieni. Nienawidzę zimy. Nienawidzę zimna i braku słońca - wtedy zawsze jest mi jakoś gorzej. Trzecia z kolei zapowiada się istną tragedią.
I choć ostatnim marzeniem kilku miesięcy jest wyjazd do Norwegii i Szwecji, wiem, że za Chiny Ludowe nikt mnie tam nie wyśle na stale. Liczba samobójstw z powodu pogody jest tam za wysoka.
niedziela, 26 sierpnia 2012
As always?
Koncept na tę notkę jeszcze dwa tygodnie temu był piękny - pochwalić się świetnym samopoczuciem, energią i ogólną pogodą ducha. Tak - użyłam czasu przeszłego. Bo przecież u mnie jak zawsze - nie może być dobrze.
Przez te dwa miesiące nieobecności była chwila, kiedy było mi dobrze. Bardzo dobrze. Chwila trwała miesiąc, a dokładnie 5tygodni. Chwilą było wylewanie z siebie siódmych potów w towarzystwie niejakiego Tony'go Hortona alias Johnny Bravo.
Wstawałam wypoczęta, radosna z zapałem do działania, do życia. Zmotywowana trochę przez siebie, trochę przez A. ćwiczyłam, bo chciałam zadbać o siebie i możliwe najlepszą starość (tak tak, mam fobię - że starość zastanie mnie niedołężną, niezdolną do zajęcia się sobą, a w ogóle najpiękniej by było, jakby starość mnie nie zastała - ot ominęła moje drzwi). I choć miało być bez jakiegoś zbędnego ciśnienia to były i momenty, kiedy moje 'lepiej, szybciej, efektowniej' perfekcjonizmu musiałam hamować. Robiłam coś tylko dla siebie, co dodatkowo mnie podnosiło na duchu i napawało dumą. Że mogę, że potrafię.
Niestety przyszedł czas, kiedy straciłam siłę. Widać przyłożenie się do ćwiczeń zapominając o zbilansowanym jedzeniu, czy jedzeniu w ogóle nie wyszło mi na dobre. Wraz ze spadkiem temperatury pojawił się i spadek energii, chęci. Pojawiło się zmęczenie, którego nie potrafiłam opanować. Odstawiłam ćwiczenia na weekend skupiając się na jedzeniu. Po weekendzie wcale nie było mi lepiej, więc przedłużyłam weekend o poniedziałek. A potem cały tydzień się posypał jak głupi i nawet nie pamiętam, czy z planu sześciu dni zrobiłam dwa czy trzy. Teraz drugi tydzień nie robię nic. I nie wiem, czy to bardziej z powodu gorszych dni odstawiłam ćwiczenia, czy gorsze dni pojawiły się w ramach braku ćwiczeń. Nie wiem.
Wiem za to, że coraz częściej mam dzień z myślami nacechowane pesymizmem. I co więcej - panicznym strachem. I ten ostatni rozwala mnie najbardziej, bo powody niektórzy nazwaliby totalnie idiotycznymi. Ja zresztą okresami też tak myślę. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że lęki i pesymizm biorą się z głębokich przemyśleń dotyczących siebie, życia i otaczających mnie ludzi. Nie są więc całkowitym wytworem widzimisię.
I licząc, że zmęczenie materiału już przeszło, chciałabym wrócić do Johnnego. Brak mi tylko wsparcia. I motywacja też ostatnio jakoś się zatraciła.
Przez te dwa miesiące nieobecności była chwila, kiedy było mi dobrze. Bardzo dobrze. Chwila trwała miesiąc, a dokładnie 5tygodni. Chwilą było wylewanie z siebie siódmych potów w towarzystwie niejakiego Tony'go Hortona alias Johnny Bravo.
Wstawałam wypoczęta, radosna z zapałem do działania, do życia. Zmotywowana trochę przez siebie, trochę przez A. ćwiczyłam, bo chciałam zadbać o siebie i możliwe najlepszą starość (tak tak, mam fobię - że starość zastanie mnie niedołężną, niezdolną do zajęcia się sobą, a w ogóle najpiękniej by było, jakby starość mnie nie zastała - ot ominęła moje drzwi). I choć miało być bez jakiegoś zbędnego ciśnienia to były i momenty, kiedy moje 'lepiej, szybciej, efektowniej' perfekcjonizmu musiałam hamować. Robiłam coś tylko dla siebie, co dodatkowo mnie podnosiło na duchu i napawało dumą. Że mogę, że potrafię.
Niestety przyszedł czas, kiedy straciłam siłę. Widać przyłożenie się do ćwiczeń zapominając o zbilansowanym jedzeniu, czy jedzeniu w ogóle nie wyszło mi na dobre. Wraz ze spadkiem temperatury pojawił się i spadek energii, chęci. Pojawiło się zmęczenie, którego nie potrafiłam opanować. Odstawiłam ćwiczenia na weekend skupiając się na jedzeniu. Po weekendzie wcale nie było mi lepiej, więc przedłużyłam weekend o poniedziałek. A potem cały tydzień się posypał jak głupi i nawet nie pamiętam, czy z planu sześciu dni zrobiłam dwa czy trzy. Teraz drugi tydzień nie robię nic. I nie wiem, czy to bardziej z powodu gorszych dni odstawiłam ćwiczenia, czy gorsze dni pojawiły się w ramach braku ćwiczeń. Nie wiem.
Wiem za to, że coraz częściej mam dzień z myślami nacechowane pesymizmem. I co więcej - panicznym strachem. I ten ostatni rozwala mnie najbardziej, bo powody niektórzy nazwaliby totalnie idiotycznymi. Ja zresztą okresami też tak myślę. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że lęki i pesymizm biorą się z głębokich przemyśleń dotyczących siebie, życia i otaczających mnie ludzi. Nie są więc całkowitym wytworem widzimisię.
I licząc, że zmęczenie materiału już przeszło, chciałabym wrócić do Johnnego. Brak mi tylko wsparcia. I motywacja też ostatnio jakoś się zatraciła.
środa, 20 czerwca 2012
I love your smile
Odkryłam, że potrafię znów się uśmiechać. Takim szczerym uśmiechem, gdzieś z głębi mnie samej.
Uśmiecham się do słuchanej muzyki. Gdziekolwiek się wybieram, to zawsze towarzyszą mi słuchawki. Spaceruję więc z energetycznymi, pozytywnymi dźwiękami, które sprawiają, że najchętniej zatańczyłabym na środku ulicy. Uśmiecham się więc na samą myśl. I uśmiecham się, gdy nucąc pod nosem okazuje się, że ktoś kto mnie mija, ma minę z serii bezcennych, bo przecież ogarniam ulicę wzrokiem tylko, gdy wpadnie mi do głowy wykonać jakiś mini układ choreograficzny. I często ten uśmiech jest po prostu zwykłym, kolokwialnym bananem, który też wzbudza uśmiech. Jestem więc samonapędzającą się maszyną.
Odkąd odkryłam, że magia słuchawek działa, nie zdarza mi się ponuro przemierzać ulic. I gdy ludzie dziwnie przyglądają mi się na ulicy, uśmiecham się jeszcze szerzej.
Choć dla mnie samej to głupie, to uśmiecham się też, gdy oglądam piłkę nożna. Głupie, bo piłka nigdy mnie nie interesowała. Byłam kobietą, dla której dwudziestu dwu chłopa biegających za jedną piłką to był wyższy poziom abstrakcji. I choć początkowo do pierwszego meczu oglądanego chcąc nie chcąc (bardziej jednak nie chcąc) podeszłam bez większego entuzjazmu, to wkrótce uświadomiłam sobie, że to ten sam poziom emocji jaki wzbudza we mnie oglądanie filmów o ludziach z pasjami, marzeniami, przezwyciężających przeciwności losu. Odkryłam też, że sprawia mi przyjemność patrzenie na doskonałą kondycję i warunki techniczne piłkarzy. I na każde drgnięcie mięśni puszczone w zwolnionym tempie. Nie byłabym sobą gdybym nie dowiedziała się zaraz co to jest spalony, dośrodkowanie i jak się dowiedzieć kto z kim będzie grał w ćwierćfinałach wg tabeli wyników.
Uśmiecham się więc czekając na ćwierćfinały, mając swoich faworytów.
Uśmiecham się z dumą gdy patrzę na mojego brata na boisku. I na widok jego tak widocznego poczucia przynależności i dumy z zdobytych punktów czy wygranej. Uśmiecham się, gdy widzę, że czuje się tam jak w drugiej rodzinie.
Uśmiecham się z czułością, gdy moja babcia, kobieta, która w mojej głowie funkcjonuje jako kobieta nieustraszona i nieustępliwa wraz z wiekiem zyskała innego wymiaru. I gdy nagle zaczyna panikować, co do niej zupełnie nie pasuje.
Uśmiecham się też na widok Niuńka bawiącego się gumką, niemal zapominając, że zapodział gdzieś mój pędzel do makijażu. I gdy udaje, że wcale nie ma go w pobliżu kwiatka, którego chce obgryźć. I gdy ryje się pod kołdrę, choć mnie na skórzanej, chłodnej kanapie jest za gorąco.
I uśmiecham się bardzo na myśl, że uporządkowuję znów swoje nawyki żywieniowe i nie czuję potrzeby zażerania czegokolwiek. I częściej uśmiecham się do miski sałaty z najlepszym vinegrette'm czy koktajlem owocowym niż do myśli o czymkolwiek innym, co do tej pory stanowiło o namiastce szczęścia. Wiem też, że uśmiechnę się, gdy uda mi się zrzucić to wszystko co zyskałam przez te pół roku.
I tak sobie myślę, że niezwykle dobrze zrobiły mi te dwa miesiące praktycznie z dala od wszelakich ludzi. Takiej przestrzeni i komfortu psychicznego bycia tylko dla siebie było mi trzeba.
Okazało się bowiem, że mam jeszcze jeden powód do uśmiechu. Nie muszę zmieniać mojego wyobrażenia o bliskich - wciąż ktoś do niego pasuje.
Sporo tych powodów do uśmiechu znalazło się w ciągu tych dwóch miesięcy, czyż nie? :)
Uśmiecham się do słuchanej muzyki. Gdziekolwiek się wybieram, to zawsze towarzyszą mi słuchawki. Spaceruję więc z energetycznymi, pozytywnymi dźwiękami, które sprawiają, że najchętniej zatańczyłabym na środku ulicy. Uśmiecham się więc na samą myśl. I uśmiecham się, gdy nucąc pod nosem okazuje się, że ktoś kto mnie mija, ma minę z serii bezcennych, bo przecież ogarniam ulicę wzrokiem tylko, gdy wpadnie mi do głowy wykonać jakiś mini układ choreograficzny. I często ten uśmiech jest po prostu zwykłym, kolokwialnym bananem, który też wzbudza uśmiech. Jestem więc samonapędzającą się maszyną.
Odkąd odkryłam, że magia słuchawek działa, nie zdarza mi się ponuro przemierzać ulic. I gdy ludzie dziwnie przyglądają mi się na ulicy, uśmiecham się jeszcze szerzej.
Choć dla mnie samej to głupie, to uśmiecham się też, gdy oglądam piłkę nożna. Głupie, bo piłka nigdy mnie nie interesowała. Byłam kobietą, dla której dwudziestu dwu chłopa biegających za jedną piłką to był wyższy poziom abstrakcji. I choć początkowo do pierwszego meczu oglądanego chcąc nie chcąc (bardziej jednak nie chcąc) podeszłam bez większego entuzjazmu, to wkrótce uświadomiłam sobie, że to ten sam poziom emocji jaki wzbudza we mnie oglądanie filmów o ludziach z pasjami, marzeniami, przezwyciężających przeciwności losu. Odkryłam też, że sprawia mi przyjemność patrzenie na doskonałą kondycję i warunki techniczne piłkarzy. I na każde drgnięcie mięśni puszczone w zwolnionym tempie. Nie byłabym sobą gdybym nie dowiedziała się zaraz co to jest spalony, dośrodkowanie i jak się dowiedzieć kto z kim będzie grał w ćwierćfinałach wg tabeli wyników.
Uśmiecham się więc czekając na ćwierćfinały, mając swoich faworytów.
Uśmiecham się z dumą gdy patrzę na mojego brata na boisku. I na widok jego tak widocznego poczucia przynależności i dumy z zdobytych punktów czy wygranej. Uśmiecham się, gdy widzę, że czuje się tam jak w drugiej rodzinie.
Uśmiecham się z czułością, gdy moja babcia, kobieta, która w mojej głowie funkcjonuje jako kobieta nieustraszona i nieustępliwa wraz z wiekiem zyskała innego wymiaru. I gdy nagle zaczyna panikować, co do niej zupełnie nie pasuje.
Uśmiecham się też na widok Niuńka bawiącego się gumką, niemal zapominając, że zapodział gdzieś mój pędzel do makijażu. I gdy udaje, że wcale nie ma go w pobliżu kwiatka, którego chce obgryźć. I gdy ryje się pod kołdrę, choć mnie na skórzanej, chłodnej kanapie jest za gorąco.
I uśmiecham się bardzo na myśl, że uporządkowuję znów swoje nawyki żywieniowe i nie czuję potrzeby zażerania czegokolwiek. I częściej uśmiecham się do miski sałaty z najlepszym vinegrette'm czy koktajlem owocowym niż do myśli o czymkolwiek innym, co do tej pory stanowiło o namiastce szczęścia. Wiem też, że uśmiechnę się, gdy uda mi się zrzucić to wszystko co zyskałam przez te pół roku.
I tak sobie myślę, że niezwykle dobrze zrobiły mi te dwa miesiące praktycznie z dala od wszelakich ludzi. Takiej przestrzeni i komfortu psychicznego bycia tylko dla siebie było mi trzeba.
Okazało się bowiem, że mam jeszcze jeden powód do uśmiechu. Nie muszę zmieniać mojego wyobrażenia o bliskich - wciąż ktoś do niego pasuje.
Sporo tych powodów do uśmiechu znalazło się w ciągu tych dwóch miesięcy, czyż nie? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)