sobota, 28 kwietnia 2012

Breath

Poszłam wczoraj na spacer. Nie wiem co mnie natchnęło. Może coraz intensywniejsza potrzeba zmian z dodatkiem pięknego słońca? W każdym razie po tym jak się umalowałam i ubrałam, oceniłam swoje odbicie w lustrze mocno negatywnie. I już, już byłam gotowa zostać w domu. I pewnie bym się nie ruszyła, gdybym wcześniej nie zapowiedziałam drogiemu Księciuniu II, że wychodzę z nim. Założyłam więc duże okulary i kapelusz na głowę.

Poszliśmy z Księciuniem nad stawy. On miał wizję leżenia plackiem i opalania, ja wizję dłuższego spaceru. Wizje nam się rozminęły, ale nie szkodzi, bo jak nie ja - w ogóle nie zwracałam uwagi na mijany krajobraz i ludzi. No i przecież nie znoszę spacerować w pojedynkę. Ubezpieczony w koc i krem do opalania Księciunio i ja przezorna z książką. Pomyślałam, że dobraliśmy się idealnie.
Cicho, spokojnie i co ważne praktycznie bez ludzi. Patrząc na wodę zatęskniłam za pływaniem. Już prawie zapomniałam, że powinnam się urodzić w jakimś 'wodnym' zodiaku. A patrząc na garstkę ludzi i tak zwanych weekendowych sportowców zatęskniłam za rowerem, którego od czasu wyprowadzki nie miałam pod tyłkiem. Zatęskniłam za rolkami. I z zaskoczeniem odkryłam, że dziwna jest moja niechęć do samotnych spacerów, podczas gdy wszystkie aktywności fizyczne najchętniej uprawiałam w pojedynkę. No może poza siatkówką. W tą wszak nie da się grać w pojedynkę.
W zasadzie było całkiem miło. Lubię Księciunia z jego niecodziennym poczuciem humoru i całkiem sporym dystansem do siebie. Lubię go oczywiście poza momentami gdy mnie wkurwia, ale nie o tym przecież. Czytaliśmy i rozmawialiśmy. Każde z nas wnosiło zabawne anegdotki z czasów dzieciństwa. Zaczęłam myślałam o tym, jakże dziwnym dzieckiem byłam. I jak wdzięczna jestem mam, że mnie nie obdarła jednak ze skóry i nie utopiła w wannie. Myślałam też o tym, jak śmieszna jest zazdrość o rodzeństwo i jak niebezpieczny może być brak rozmowy z dzieckiem, gdy drugie przychodzi na świat.

Właściwie przyjemne cztery godziny skończyły się wraz z powrotem do domu. Moje oskrzela bowiem odmówiły współpracy i im bliżej domu tym ciężej było mi nabrać powietrza. Pamiętam o mojej astmie, w którą nie wierzę. Wierzę za to w działanie sterydów, którymi Księciunio chciał mnie uraczyć jako iż sam astmatyk. Mi wystarczy to, że i tak wyglądam jak hipopotam.

Wracałam więc do domu prawie dwa razy dłużej, zatrzymując się co chwilę by nabrać oddechu. I tak się zastanawiam: czy jestem w stanie nauczyć się kontrolować mój oddech w emocjach? A może już na zawsze jestem skazana na ściśnięte oskrzela i płuca?


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Fly away

Od dłuższego czasu przewija się w mojej głowie myśl, że może powinnam rozprawić się z własnym życiem jak dziesięć lat temu. Zabrać kilka rzeczy i zmienić miejsce zamieszkania. Zmienić otoczenie i ludzi mnie otaczających. Tym samym zmienić siebie.
Istotny jest bowiem fakt, że te dziesięć lat wstecz było swoistym katharsis. Było też szczęściem. Niezależnie od tego, jak do tego doszło, co wówczas przeżyłam, byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. A z pewnością byłam najszczęśliwsza w całym swoim życiu.
No dobra - okres gdy rządziła w moim sercu odległość ~1600km był równie szczęśliwy. Tylko skończył się mniej przyjemnie, więc nie warto nawet wspominać.

Może i byłby to pomysł, gdyby nie to, że nie strzelę sobie w nogę wiedząc, że moje konto świeci pustkami i absolutnie mnie na to nie stać. Nie stać mnie też już na to, by nie przejmować się tym czy mam dach nad głową. Ani pomijać kwestię bezpieczeństwa parków nocą. Zważywszy że nocne 'bezpieczeństwo' pod domem przyjaciół już przerabiałam. Stosunkowo zresztą niedawno.

Czuję potrzebę zmiany. Dużą potrzebę. Jednocześnie nie czując żadnego motoru napędowego. Ba, czasem nie jestem w stanie dojść dalej niż do łazienki. A jakby tego było mało - potrafię wszystko spartaczyć, byleby mieć święty spokój.
No tak. Nic w sumie dziwnego, gdy ludzie nadzwyczajnie mnie irytują. I nie chodzi już tylko o moje przewrażliwienie, niedopasowanie, robienie z igieł wideł, czy jakkolwiek sobie to nazwę. Chodzi o ludzi, ich podejście do życia, ich system wartości, moralność, czy też raczej brak dwóch ostatnich.

Mam czasem wrażenie, że jestem z innej epoki, teleportowałam się w czasie i kompletnie nie rozumiem otaczającego mnie świata.
Wiem, że jestem idealistką, co mnie samej też czasem to przeszkadza. Ale obserwując ludzi, i to tych, z którymi jestem bądź byłam blisko, wydaje mi się, że ich jedynym ideałem jest lekkie, łatwe życie. Koniecznie bogate - w sensie dosłownym. Nie zapominając też o tym, by było przepełnione dobrą rozrywką. Jasne, jestem w stanie zrozumieć, że to ostatnie jest ważne. Nie jestem w stanie pojąć dlaczego ma się to odbywać kosztem innych.

Obserwuję GRACZY, których wokół mnie jest coraz więcej. Nastawionych na zaspokajanie swoich potrzeb wszystkimi możliwymi sposobami. Jedynym ograniczeniem zdają się być ich własnych chęci. Zapominają, a raczej mają w poważaniu, że z drugiej strony stoją osoby wyposażone w uczucia. Budują więc napięcie i swoje ego. Muszę dodawać, że osobami, których strunami grają, w gruncie rzeczy nie są bliżej zainteresowani? Zainteresowani są jedynie popędem i tanią rozrywką. I niech się ktoś oburzy. Dla mnie spędzanie czasu z ludźmi po to by mamić, ustawiać i strofować dla własnej przyjemności, by za chwilę zmienić zupełnie swoje zachowanie zawsze będzie tanie.

Dlaczego to poruszam i dlaczego mnie to rusza? Powody są dwa:
1) Jakiś czas temu sieć obiegło zdjęcie, z parą staruszków opatrzonych popisem, że spędzili ze sobą 50lat. Pod spodem znajdywało się pytanie, jak im się to udało, ma które odpowiedzią było to, że oni urodzili się w czasach, kiedy gdy coś się psuło zamiast wyrzucane było naprawiane. I ja właśnie czuję się jak z tej ich epoki. Niejednokrotnie wyrządzając sobie krzywdę, robiąc gwałt na swoich zasadach i moralach robiłam wszystko, by to co tworzę miało jak największe szanse na przetrwanie. Chciałam po prostu móc ze spokojem spojrzeć w swoje odbicie w lustrze i powiedzieć 'robiłam co mogłam'. I jasne, zdaję sobie sprawę, że nie byłam idealna w tym naprawianiu. Wiem już teraz, że nie da się samemu robić tego, co powinny robić dwie osoby. A już na pewno nie można samemu niczego nadrobić, gdy tą drugą osobą jest GRACZ. Ale przynajmniej mam spokojne sumienie, bo rzeczywiście zrobiłam co w mojej mocy.
2) Drugim powodem jest to, że ważną mi osobę pochłonęła GRA, przez co coraz trudniej mi zrozumieć tę osobę. Ot, rozmijamy się z poglądami życiowymi. Nie denerwowałoby mnie to, gdyby to nie był kolejny 'ktoś bliski'. I może łatwiej byłoby zrozumieć gdyby wartość przyjaźni pozostawała stała. Niestety po usłyszeniu w jakim tak naprawdę jestem stanie, zostały wprowadzone zasady ograniczonego kontaktu - 'telefon dla uspokojenia sumienia'. I gryzie mnie to dlatego, że znów mogę powiedzieć 'robiłam co mogłam' gdy ta osoba mnie potrzebowała. A oprócz tego mogę powiedzieć 'znowu tak samo, gdy ty jesteś, jest dobrze, gdy ty potrzebujesz, okazuje się, że nie masz od kogo'

I na koniec wracając do potrzeby zmiany - najchętniej wskoczyłabym do samolotu lecącego do Argentyny czy Wenezueli i zamieszkała w jakieś wiosce. Łudząc się, że tam wartości jakoś wolniej się dewaluują. A ponieważ nie stać mnie nawet na 1/3 biletu pozostaje mi google maps.


__________
Z Lenny'm na pokładzie.

sobota, 21 kwietnia 2012

'Jest taki samotny dom'

Włączyłam muzykę z dzieciństwa, która być może rozbrzmiewa i u sąsiadów. Noc to przecież najlepsza pora na głośniejsze słuchanie muzyki. Słuchawki oczywiście wyemigrowały już prawie rok temu razem z częścią mnie, ze stratą której pogodzić wciąż się nie potrafię.

Fatum dostał nocnej głupawki i biega z prędkością światła po mieszkaniu, zahaczając niemal o sufit. Wkurwia mnie. Jednak w momencie gdy zaczyna mi rosnąć poziom agresji, rozczulam się myśląc, że jest obecnie jedyną żywą istotą, w którą mogę się wtulić. Zamykam go więc w sypialni izolując od światła i muzyki. Wiem, że w takim wypadku wpełznie pod kołdrę i zaśnie.


'Znowu w życiu mi nie wyszło(...)
Sam wiem że zbyt późno jest
By zaczynać wszystko znów'

'Pustych komnat chłód,
W szary pył rozbity czas,
Martwy, pusty dwór'

Cugowski jakoś świetnie wpasował się w moje rozterki. I nic dodać, nic ująć...

wtorek, 17 kwietnia 2012

...

Nie mogę spać. Jest trzecia, a ja nie czuję się ani trochę senna. Za to najchętniej zaszyłabym się pod kołdrą - tak by schować się przed całym światem. Tyle, że mam atak duszności i kołdra wywołałaby tylko dodatkowo klaustrofobię.
Co więc można robić gdy się nie śpi? Słuchać opery i myśleć. Albo słuchać czegoś innego, bo 'Traviata' jednak dziś nie działa. Myślenia nie wyłączając.

I tak: wyłączyłam się ze świata zewnętrznego, wyłączyłam się z ludzi. I co? Jestem w tej samej - przepraszam za wyrażenie - czarnej dupie. Nie, nie tej samej. Jakoś głębiej.

Jeden krok, którego wciąż nie potrafię postawić. Czy przy całym moim zobojętnieniu obawa przed bólem też się kiedyś zdewaluuje? Czyż wszystko nie byłoby łatwiejsze, gdybym nie urodziła się panikarą?

Rozmyślając nad tym pochłonęłam dwie tabliczki czekolady. To mój rodzaj autoagresji. Może da się zażreć na śmierć?