Czasem myślimy, że niektórzy ludzie będą przy nas zawsze. Że niezależnie od tego, co się wydarzy, jak potoczą się dalsze losy, relacja, choć może zmodyfikowana, będzie trwała. Czasem, choć bardzo chcemy inaczej, odcinamy się sami. Innym razem, obie strony po prostu nie dorastają do modyfikacji. Albo te, przerastają. A czasem wyrastamy ze znajomości.
Podobnie myślałam, kiedy kilka relacji zmierzało do nieuchronnego wymarcia. Myślałam, że kilka osób będzie stale. Myślałam, że pokład przyjacielski, jaki budowałam przez lata, będzie wyznacznikiem wartości. Że ta wartość pozwoli zachować znajomość. Ale wtedy młodzieńcza naiwność nie pozwalała mi, na wzięcie poprawki.
Myślałam też, tak zupełnie naiwnie, że kocha się zawsze. Że uczucie, nawet po zakończeniu związku, w jakiś sposób zostaje. W końcu niejednokrotnie można usłyszeć, że uczucia, zwłaszcza te pierwsze, zostawiają ślad na całe życie. Przeżywając swoje, dochodzę do wniosku, że to brednie, które mógł wymyślić tylko romantyk, żyjący przeszłością.
Wraz z upływającym czasem, uczucie wyparł sentyment. A teraz nawet i tego nie ma. Może dlatego, że nie żyję wspomnieniami, że nie wracam wstecz. A pędzę przed siebie i w biegu widzę jedynie światełko do przyszłości.
Spotkanie towarzyskie. Usiadłam z nią przy jednym stoliku. Grupa wesołych dziewczyn pochylonych nad ciastkami. Gwarno, rozmowy, uśmiechy zamiennie z salwami cichego śmiechu. A w mojej głowie pustka. Uczucie, jakby spotkała tą dziewczynę drugi raz w życiu. Jakby za pierwszym razem spotkanie było przypadkiem. Jakbyśmy nie wypowiedziały wtedy zbyt wielu znaczących słów. Raczej skupiły się na kurtuazyjnym 'cześć', uśmiechu i podążeniu w swoją stronę. Wrażenie jakbym jakoś ją znała, ale jednocześnie wciąż była obcą mi osobą. Tak też było i na tym spotkaniu. Kurtuazja i podtrzymywanie dystansu. Jakby żadna z nas na tym ponownym spotkaniu nie była zainteresowana poznaniem. Bo w sumie przecież nie była.
Nie chciałam nigdy ocknąć się z przekonaniem, że ktoś, niegdyś bliski stał się obcy. Nie chciałam, a wyszło. Widać nie byłyśmy gotowe na zmianę relacji na przyjacielską. Nie byłyśmy gotowe, na jakąkolwiek relację. Choć przecież przyjacielem zawsze starałam się być w pierwszej kolejności. I choć zawsze powtarzałam, że zawsze nim będę.
Kiedyś zastanawiałam się, co by było, gdybym zechciała odnowić stare przyjaźnie. Teraz już wiem, że skończyły się w swoim czasie, a nic co odgrzewane, nie smakuje tak samo.
piątek, 27 sierpnia 2010
piątek, 20 sierpnia 2010
Na podsłuchu
Miałam wczoraj inspirującą, rozmowę. No dobrze, rozmowa to może za wiele - szybką wymianę zdań z starym, niezbyt bliskim znajomym. Tak w sam raz między moją kawą w trakcie realizacji, a jego zamówieniem piwa. Rozmawialiśmy o coraz większym spłyceniu wszelkich relacji. Usłyszałam od niego, że to ponoć nowa domena Polaków. Że to właśnie nasz naród, tak dobitnie nie potrafi odnaleźć się w sytuacjach międzyludzkich. Tego nie wiem. Przyglądając się jednak społeczeństwu, nie wiem czy mam się rozczulić, rozpłakać czy śmiać do rozpuku. Fakt, żyję w specyficznym środowisku. Otaczają mnie specyficzni ludzie. Jednak śladowe tych wzorców widzę w ponoć 'normalnym' świecie. Ale od początku:
Opowiedział mi, pokrótce lata, kiedy się nie widzieliśmy. Wyjechał poza granice, jak zwykle w poszukiwaniu chleba, a znalazł się w szczęśliwym związku na kilka lat. Sam ten fakt budził jego największe zdziwienie. Pamiętamy wszak oboje jak ciężko, było mu się tu, w Polsce, z kimś umówić, spotykać i stworzyć coś bardziej trwałego. Jego najdłuższy związek to pół roku (nomen omen, z moim byłym współpracownikiem i tu sama jestem zdziwiona, że to tyle trwało, ów znajomy zresztą również).
Wieloletni związek rozpadł się przez niechęć tego znajomego do zmiany kontynentu, a partner udał się w podróż za dziećmi z swojego pierwszego życia. Bywa. Znajomy wrócił, a jego relacje są ciągle na etapie 'pierwszych randek'. Czyli już nawet nie 'magiczny tydzień'.
Nie po raz pierwszy słyszę, o syndromie 'pierwszych randek', stąd dzisiejszy tekst. Pomyślałam, że temat wart przemyślenia.
Zawsze bawił mnie homo światek. Tu płytkość emocjonalna zawsze była na porządku dziennym. Może trochę to zasługa marzeń - ciotki czekają na królewicza na białym rumaku. A przystojny i niegłupi stajenny zupełnie ich nie interesuje. Z lesbijkami jest podobnie, choć - to kobiety. Co za tym idzie, mają większą potrzebę domowego ogniska. Czasem więc z służki próbują, w swoich myślach, wyczarować księżniczkę. Życie jednak rozczarowuje. 'Księżniczka' nigdy nie będzie miała śladów po grochu, na choćby najpiękniejszym ciele. A nieszczęśnicy, w poczuciu głębokiej niesprawiedliwości, marzą nadal. Że też nikt w szkole nie uczy, że ideałów nie ma!
I tak, przez lata obserwowałam, jak tandemy stawały się jednostkami, żeby po chwili połączyć się dwójkami z kimś innym. Zmiany dokonywane na tyle często, że koniec końców ciężko im odpowiedzieć na pytanie: 'ile tych kochanków/ek było przy boku?'. Pomijając nigdy nie zadane: 'czy choć przez sekundę czułem/am się szczęśliwy/wa?'. To fascynujące i smutne zarazem, móc obserwować, jak co tydzień ktoś inny jest tym/tą jedynym/ną do końca życia. To właśnie 'magiczny tydzień'. W ten sposób można by było, ułożyć sobie bardzo magiczne życie. Tyle, że magii w tymże nikt by nie uświadczył.
Niestety, moi starzy znajomi dojrzali znacznie, czy, mówiąc kolokwialnie - posunęli się w czasie. Wraz z upływającymi latami rosła lista ich 'magicznych tygodni'. Nie oszukujmy się, poruszamy się ciągle w tym samym kręgu, ciągle te same 'bogactwa naturalne' eksploatujemy do cna. One muszą się kiedyś skończyć. Albo zostaje guma balonowa, pozbawiona smaku. Jest też trzecia ewentualność, sięgamy po truciznę, przed którą ostrzegano. I tym sposobem znajomi przeszli do okresu 'pierwszych randek'. Spotykają tych, którzy nigdy ich nie interesowali. Niestety nie ma już zbyt wielkiego wyboru i tylko tym podyktowana jest ta desperacja. Albo też umawiają się z tymi, z którymi 'magiczne tygodnie' mieli wszyscy 'znajomi'. I wszyscy, jak jeden mąż odradzali bliższą znajomość.
Patrząc na tą powierzchowność relacji, powierzchowność oceny drugiego człowieka i egoizm (tak, egoizm wiedzie prym) zastanawiam się, jakim cudem Ci 'nieszczęśnicy' od książąt i księżniczek mogą czekać na ideał. Przecież w życiu jak w biznesie, sprawdza się powiedzenie 'jak nie włożysz, nie wyciągniesz'.*
*Oczywiście całe zagadnienie mocno złożone, i zapewne powrócę do niego nie raz.
Opowiedział mi, pokrótce lata, kiedy się nie widzieliśmy. Wyjechał poza granice, jak zwykle w poszukiwaniu chleba, a znalazł się w szczęśliwym związku na kilka lat. Sam ten fakt budził jego największe zdziwienie. Pamiętamy wszak oboje jak ciężko, było mu się tu, w Polsce, z kimś umówić, spotykać i stworzyć coś bardziej trwałego. Jego najdłuższy związek to pół roku (nomen omen, z moim byłym współpracownikiem i tu sama jestem zdziwiona, że to tyle trwało, ów znajomy zresztą również).
Wieloletni związek rozpadł się przez niechęć tego znajomego do zmiany kontynentu, a partner udał się w podróż za dziećmi z swojego pierwszego życia. Bywa. Znajomy wrócił, a jego relacje są ciągle na etapie 'pierwszych randek'. Czyli już nawet nie 'magiczny tydzień'.
Nie po raz pierwszy słyszę, o syndromie 'pierwszych randek', stąd dzisiejszy tekst. Pomyślałam, że temat wart przemyślenia.
Zawsze bawił mnie homo światek. Tu płytkość emocjonalna zawsze była na porządku dziennym. Może trochę to zasługa marzeń - ciotki czekają na królewicza na białym rumaku. A przystojny i niegłupi stajenny zupełnie ich nie interesuje. Z lesbijkami jest podobnie, choć - to kobiety. Co za tym idzie, mają większą potrzebę domowego ogniska. Czasem więc z służki próbują, w swoich myślach, wyczarować księżniczkę. Życie jednak rozczarowuje. 'Księżniczka' nigdy nie będzie miała śladów po grochu, na choćby najpiękniejszym ciele. A nieszczęśnicy, w poczuciu głębokiej niesprawiedliwości, marzą nadal. Że też nikt w szkole nie uczy, że ideałów nie ma!
I tak, przez lata obserwowałam, jak tandemy stawały się jednostkami, żeby po chwili połączyć się dwójkami z kimś innym. Zmiany dokonywane na tyle często, że koniec końców ciężko im odpowiedzieć na pytanie: 'ile tych kochanków/ek było przy boku?'. Pomijając nigdy nie zadane: 'czy choć przez sekundę czułem/am się szczęśliwy/wa?'. To fascynujące i smutne zarazem, móc obserwować, jak co tydzień ktoś inny jest tym/tą jedynym/ną do końca życia. To właśnie 'magiczny tydzień'. W ten sposób można by było, ułożyć sobie bardzo magiczne życie. Tyle, że magii w tymże nikt by nie uświadczył.
Niestety, moi starzy znajomi dojrzali znacznie, czy, mówiąc kolokwialnie - posunęli się w czasie. Wraz z upływającymi latami rosła lista ich 'magicznych tygodni'. Nie oszukujmy się, poruszamy się ciągle w tym samym kręgu, ciągle te same 'bogactwa naturalne' eksploatujemy do cna. One muszą się kiedyś skończyć. Albo zostaje guma balonowa, pozbawiona smaku. Jest też trzecia ewentualność, sięgamy po truciznę, przed którą ostrzegano. I tym sposobem znajomi przeszli do okresu 'pierwszych randek'. Spotykają tych, którzy nigdy ich nie interesowali. Niestety nie ma już zbyt wielkiego wyboru i tylko tym podyktowana jest ta desperacja. Albo też umawiają się z tymi, z którymi 'magiczne tygodnie' mieli wszyscy 'znajomi'. I wszyscy, jak jeden mąż odradzali bliższą znajomość.
Patrząc na tą powierzchowność relacji, powierzchowność oceny drugiego człowieka i egoizm (tak, egoizm wiedzie prym) zastanawiam się, jakim cudem Ci 'nieszczęśnicy' od książąt i księżniczek mogą czekać na ideał. Przecież w życiu jak w biznesie, sprawdza się powiedzenie 'jak nie włożysz, nie wyciągniesz'.*
*Oczywiście całe zagadnienie mocno złożone, i zapewne powrócę do niego nie raz.
czwartek, 12 sierpnia 2010
Mam w sobie prawdę
Zastanawiam się ostatnio nad tym, czym jest prawda.
Czy prawda to to, co czuję, myślę? Jak odbieram ludzi, świat? Czy prawdą jest to, co wiem o sobie? A może to to, co ludziom wydaje się, że o mnie wiedzą? To jak mnie postrzegają, jak postrzegają świat i otoczenie?
Czy jeśli tą samą prawdę wypowiem na dwa różne sposoby, różnymi słowami, to któraś z prawd będzie bardziej prawdziwa?
Niczym nieznośna mucha krąży po głowie myśl - prawda jest względna. A ostatnio jakoś łatwiej mi przyswoić, że nie ma prawdy obiektywnej. Nie w dzisiejszym świecie. Dziś, choć to smutne, wszystko jest subiektywne. Uwzględnione sposobem podania.
Czy prawda to to, co czuję, myślę? Jak odbieram ludzi, świat? Czy prawdą jest to, co wiem o sobie? A może to to, co ludziom wydaje się, że o mnie wiedzą? To jak mnie postrzegają, jak postrzegają świat i otoczenie?
Czy jeśli tą samą prawdę wypowiem na dwa różne sposoby, różnymi słowami, to któraś z prawd będzie bardziej prawdziwa?
Niczym nieznośna mucha krąży po głowie myśl - prawda jest względna. A ostatnio jakoś łatwiej mi przyswoić, że nie ma prawdy obiektywnej. Nie w dzisiejszym świecie. Dziś, choć to smutne, wszystko jest subiektywne. Uwzględnione sposobem podania.
sobota, 7 sierpnia 2010
Wirtualne mruczenie nie jest podstawą budowy żadnej konstrukcji
Im bardziej staram się rozliczyć, tym więcej myślę. I choć myślenie mnie nie boli, ba sprawia niesamowitą przyjemność (ach, ten analityczny umysł!), tak o tym myśleć nie chcę. Lubię moje ciśnienie w granicach normy. Puls, choć czasem zbyt wolny, też lubię. Nie ma sensu ani jednego, ani drugiego podnosić. Tak, lubię siebie i, choć to dziwne, jestem z sobą pogodzona.
Nie pozostaje mi nic innego, jak puścić w diabły część przeszłości. Jakże prosto usunąć wirtualną historię. Wystarczy po tendencyjnym [Delete], jakże często używanym [Enter] potwierdzić decyzję. Zatem do widzenia.
Nie pozostaje mi nic innego, jak puścić w diabły część przeszłości. Jakże prosto usunąć wirtualną historię. Wystarczy po tendencyjnym [Delete], jakże często używanym [Enter] potwierdzić decyzję. Zatem do widzenia.
środa, 4 sierpnia 2010
Rozliczenie
Czuję, że się ocknęłam. Jakby ostatnie pół roku było snem. Jakbyś była majakiem. Nie, to nie koszmar, raczej przyjemny łatwy sen, tyle, że bez happy end'u. Zdarza się i tak. Za to, z pouczającym zakończeniem, taka lekcja pokory, dla tych, co zapominają, że czujność to podstawa funkcjonowania. Na pustyni, pożarłby mnie lew.
Morał historii, powodujący uśmiech, choć był też ten, przez łzy. Tak też się zdarza.
Morał historii, powodujący uśmiech, choć był też ten, przez łzy. Tak też się zdarza.
Przebudzona próbuję nadrobić czas, który uciekł przez palce. Myślę dużo. Nie, już nie o Tobie. A jeśli już, to zupełnie pośrednio. Napisałaś kiedyś, że nie wybaczasz. Ja jestem dumna. Może to ta zasadnicza różnica między nami? Może moja duma ma w sobie więcej klasy, a Twoje niewybaczanie ma znamiona mściwości?
Ostatnio (przyznam, pod wpływem lektury) pomyślałam, że przecież nikt, kto nie chce zrobić krzywdy, nie zapewnia, że jej nie zrobi? Że gdybyś miała czyste intencje nie zaczynałabyś znajomości od 'możesz mi zaufać, nie chcę Cię zranić'. I że trafiłaś na dobry, miękki grunt. Ot, chwila słabości.
Najważniejsza lekcja - w chwilach słabości, każdemu zdarzy się uśpić czujność, a słowa klucze zamiast kołatać w głowie, są wypierane. Bo o tych kluczach przypomniałam sobie dopiero, gdy sięgnęłam po książkę.
Ten list miał być formą rozgrzeszenia własnych win, której przecież nigdy nie przeczytasz. Ale ponieważ pokornie przyjęłam minione zdarzenia, wyciągnęłam wnioski i potrafię się nadal uśmiechać, myślę, że to już nie potrzebne. Może coś straciłam, z pewnością zyskałam. Bilans zysków i strat wychodzi na plus. Tak, nadal analizuję, teraz jakby trzeźwiej. A z bilansami ostatnio mi bardzo po drodze.
Ostatnio (przyznam, pod wpływem lektury) pomyślałam, że przecież nikt, kto nie chce zrobić krzywdy, nie zapewnia, że jej nie zrobi? Że gdybyś miała czyste intencje nie zaczynałabyś znajomości od 'możesz mi zaufać, nie chcę Cię zranić'. I że trafiłaś na dobry, miękki grunt. Ot, chwila słabości.
Najważniejsza lekcja - w chwilach słabości, każdemu zdarzy się uśpić czujność, a słowa klucze zamiast kołatać w głowie, są wypierane. Bo o tych kluczach przypomniałam sobie dopiero, gdy sięgnęłam po książkę.
Ten list miał być formą rozgrzeszenia własnych win, której przecież nigdy nie przeczytasz. Ale ponieważ pokornie przyjęłam minione zdarzenia, wyciągnęłam wnioski i potrafię się nadal uśmiechać, myślę, że to już nie potrzebne. Może coś straciłam, z pewnością zyskałam. Bilans zysków i strat wychodzi na plus. Tak, nadal analizuję, teraz jakby trzeźwiej. A z bilansami ostatnio mi bardzo po drodze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)