wtorek, 14 grudnia 2010

Znamiona paranoi

Pierdolę. Tak jest - pierdolę. Mam w głowie pomysł na notkę. Nie znajduję słów. Mam problem z koncentracją, z uciekającym słowem, z dziurami w pamięci.

Mam problem z ludźmi, bo o tym miała być notka. A konkretniej o podejrzliwości. Z każdym słowem, każdym gestem, rodzi się myśli 'to nie bezinteresowne' . Zaraz potem uruchamiam lawinę 'po co?', 'dlaczego?', 'co to ma na celu?'. Żyję w przekonaniu, że każdy chce czegoś ode mnie. W innej opcji, wszyscy nastają na moje szczęście i spokój wewnętrzny.

Czuję jak się zapadam. A przecież nie mogę już być bardziej wyobcowana. Chyba, że jednak wybuduję ten szałas we własnej pustelni.

środa, 1 grudnia 2010

Z nutą rozczarowania

Zastanawiam się, dlaczego w dzisiejszym świecie tak wiele wartości się zdewaluowało, straciło wartość w relacjach międzyludzkich. I tak na przykład, lojalność (tak, dziś ona zatruwa mi głowę) coraz rzadziej pozostaje w użytku. Choć nadal jest wysoce oczekiwana, często bywa walutą przetargową. Ktoś - coś - komuś - za coś? Właśnie tego ostatniego w tym handlu wymiennym, zupełnie nie rozumiem. Cóż bowiem może być wartego, wystawienia zaufania drugiej osoby na próbę?
Wydawałoby się, że ludzie dążą do spokoju, harmonii. Rozmawiając z optymistami słyszę, że ludzie w drugiej osobie szukają podpory, stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa. Życie niejednokrotnie pokazywało mi, że jednak niekoniecznie. Ludzie dążą do tego, by mieć i paradoksalnie - żeby skomplikować sobie życie. I czasem na szali stawiają zbyt wiele. Tylko czy w ogóle to zauważają?

Ludzkie zachowania nigdy mnie nie dziwiły. Już dawno doszłam do wniosku, że ludzie są zdolni do wszystkiego i niewiele może ich przed tym wszystkim powstrzymać. Bliscy ludzie są za to w stanie nadal mnie zaskoczyć. Niekoniecznie pozytywnie.

sobota, 20 listopada 2010

Z pustego w próżne

Noszę w sobie smutek i pustkę.
Włączyłam playlistę. Wylałam wiadro łez. Osiągnęłam własną nirwanę. Pustostan.
Jestem niczym bulimiczka. Zażeram emocje, by je wyrzygać.
Matka Boska Masochistyczna.

poniedziałek, 15 listopada 2010

...

- Nie chciałam płakać przez ciebie, więc udaję, że to przez życie -

Mam w sobie ogromną potrzebę sprzedania swoich myśli. I nie chodzi o wylanie siebie na kogoś. Chodzi o przelanie tych samo układających się zdań w głowie.
Zapomniałam już jak pachnie kartka papieru i atrament w ulubionym piórze. Zapomniałam też jak pachnie świeżo nakładana farba i jakie wrażenie jest, kiedy trzyma się w palcach węgiel czy pastele. Zapomniałam o tym, co kiedyś sprawiało mi przyjemność i dawało odprężenie.

Czy w związku z tym, że nie znajduję czasu i (chyba głównie) chęci na te drobne przyjemności, mogę nadal swobodnie powiedzieć, że jestem sobą?


Uzupełnieniem:
I właśnie pomyślałam, że tu też piszę tak trochę do szuflady.

środa, 10 listopada 2010

Zmrożono

"...możesz udawać, że nie widzisz,
ja będę udawała, że nie czuję..."

Dlaczego ludziom tak ciężko przyswoić stan rzeczy, który nie idzie zgodnie z ich planem/myślą? Dlaczego wydaje im się, że ich plan jest tym jedynym, właściwym? Dlaczego zakładają, że te same marzenia i chęci krążą po orbicie myśli drugiej osoby? Dlaczego tak łatwo zapominają, że z drugiej strony stoi człowiek. Człowiek, z odmiennym stanem emocjonalnym, z przeciwległymi celami, z innymi potrzebami i diametralnie różniącymi się poglądami na życie/ siebie/ ludzi i świat? Przecież nie zmuszą nikogo do miłości ani polubienia szpinaku.

Po zastanowieniu - dobrze przyrządzony i przyprawiony szpinak, jest zjadliwy. Gdy od kilku dni nie będziesz mieć nic w ustach, powiesz nawet, że nie jadłeś nic lepszego. Miłość, której druga strona nie 'czuje', będzie zawsze towarem zalegającym twoje półki. Bo może to i ładne, ale zupełnie niepotrzebne.

wtorek, 9 listopada 2010

Przyśniło się

Kocham moje sny. Są odzwierciedleniem stanu mojej psyche. Świadomie śnię rzadko. Każdy senny obraz jest więc przyjmowany z cichym błogosławieństwem.
Wczorajszy odbył się pod znakiem strzelaniny, krwi, adrenaliny i wiecznej ucieczki. Coś jak skrzyżowanie 'Resident Evil'a' z latami 30'tymi w Ameryce. Te lata 30'te to taka wisienka na torcie, do którego nie pasuje. Z miłości do prostego, klasycznego piękna.

piątek, 5 listopada 2010

Życzeniowo

Zastanów się dobrze czego chcesz, bo możesz to dostać.
Albo precyzuj życzenia.

Chciałam emocji. Dostałam. Niestety. To nie to. Czuję się teraz trochę tak, jakby ktoś usiadł mi na klatce piersiowej. Wczoraj serce waliło mi jak oszalałe, w głowie tętniło, tworząc mętlik. Na szczęście nie wpadłam na pomysł mierzenia sobie tętna, a ciśnieniomierza nie mam. Inaczej leżałabym pod kroplówką w szpitalu.

Zastanawiam się co ze mną jest nie tak. Coś musi. Nie rozmawiam z ludźmi, a jeśli już, to na zupełnie błahe tematy. Unikam spotkań. Dobrze czuję się tylko w sprawdzonym towarzystwie. Nic dziwnego, bo jeśli tylko otworzę usta, jeśli tylko zacznę z kimkolwiek prowadzić bliższą znajomość, choćby dla mnie to była najbardziej luźna, niezobowiązująca, dla drugiej strony błyskawicznie robi się czymś więcej.

Wczoraj podsumowałam moje znajomości. Przyjaciel gej - niegroźny. Para przyjaciół hetero - ona niegroźna, on gdyby mógł chętnie by się mną zaopiekował, tylko trochę nie wypada. No i J. Nie do końca rozumiem fenomen tej znajomości. Choć bardzo się cieszę, że otwierając usta nie muszę martwić się o kolejne wywoływane emocje. Pomyślałam, że to dlatego, że ma A. Co dla mnie jest zupełnie zrozumiałe.
I to tyle. Tyle z osób, z którymi mam stały, normalny kontakt. Taki, który nie powoduje u mnie skurczy żołądka. Każdy inny kończył się 'ja Cię prawie kocham', 'kocham Cię', albo 'nie potrafię tego określić, ale dawno tego nie czułam'.

Wczoraj było właśnie to ostatnie. Zaraz potem 'potrafię się zatroszczyć o siebie... i o Ciebie' a gdzieś między 'mam... odpuścić? nie postępować tak jak czuję? nie doceniasz mnie'. Na samą myśl jest mi słabo. Na samą myśl, że znów jest to samo. Dlaczego wszędzie gdzie się pojawię, musi się jednocześnie pojawić ładunek emocjonalny? Dlaczego on się pojawia teraz, kiedy jest dla mnie przykrością? Kiedy nie czuję się na siłach. Przecież w tą znajomość nie włożyłam ani grama siebie. Dozując informacje, dozując siebie, emocji w ogóle nie włączając, myślałam, że ochronię siebie, ją. I jak widać - nie potrafię.

Kupię sobie kaganiec. Albo knebel założę, a palce, żeby nie mogły nic napisać, poucinam. W innej wersji, pójdę do klasztoru. Złożyć śluby milczenia.

Amen.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Cyk, cyk, cyk - pośpiesz się, czas ucieka

Starzeję się. Nie chodzi o fizyczność, o strukturę skóry, która przestaje być tak jędrna, o drobne zmarszczki wokół oczu, ani o siwe włosy, które zaczynają się pojawiać. Nie, fizycznością się nie martwię. Nigdy nie miałam obawy przed przemijaniem. Starzeję się mentalnie. Zawsze czułam się starsza, dojrzalsza, poważniejsza. Teraz jednak, zaczynam obawiać się, że na pewne rzeczy jest już za późno. I że zyskując dojrzałość, straciłam coś znacznie cenniejszego.

Z sentymentu, może trochę nieokreślonego smutku, nie napiszę nic więcej. Choć miałam piękny koncept na ten post.

niedziela, 24 października 2010

...

Z tych wydarzeń nasuwa mi się jeden wniosek: jeśli stale robisz coś w jeden sposób, nie zmieniaj nagle działania. A już z pewnością nie stawiaj, w środku nocy, na samotne wędrówki - taksówki jeżdżą o każdej porze.

Dochodzę do siebie. Próbuję nie myśleć o zaspanym, średnio oświetlonym osiedlu. Próbuję nie myśleć o nieznacznej przewadze, której w innej sytuacji, w innym czasie, mogłabym nie mieć. Zwłaszcza o tym, że mógłby to być inny czas i inny ktoś. Próbuję nie myśleć, choć zapomnieć nie chcę. Dla własnego bezpieczeństwa.

Jeśli powiedzenia rzeczywiście są mądrością narodu i odzwierciedleniem losu, to oprócz tego, o głupim, co zawsze ma szczęście, muszę wspomnieć te, o trzech razach i sztukach.
Więc licząc do trzech - miej mnie w swojej opiece.

poniedziałek, 11 października 2010

Życie jest jak pudełko czekoladek...

...nigdy nie wiesz na jaką trafisz.

Poranny telefon. Znów poczułam, że pewny grunt umyka mi pod nogami. I nie, żebym nie przewidziała, żeby sytuacja mnie zaskoczyła. O nie, to nie zima, która zwykle zaskakuje drogowców. Wszystko wydarzyło się w granicy przeanalizowanej na wskroś wielokrotnie. Tylko czas mnie zaskoczył. Nie w połowie miesiąca, u licha! - pomyślałam. I druga myśl: ten rok miał być w końcu dobrym rokiem!
Wiedziałam przecież, że to nastąpi, nawet dokładnie taki czas dałam na realizację. Ta wewnętrzna wiedźma ple-ple znów się sprawdziła. I ja, jak to dziecko, co na złość babci odmrozi sobie uszy - choć wiedziałam, że zawsze, zawsze się sprawdza, to żadnych kroków nie podjęłam - bo przecież to zawsze samo się układa.
Tylko tym razem, gdy poczułam, że nie panuję nad sytuacją, to opcja 'samo się' przestała istnieć. Z paniką przez chwilę biło mi serce. Dziwność tej reakcji była dla mnie syndromem 'starzejesz się, kotku'. I tak nagle, jednak niespodziewanie, okazało się, że mogę być spokojna. Że żyję i mam się dobrze, i przyszłość też ma się nieźle.

Moją zabawkę, dziecko, w które włożyłam mnóstwo serca, emocji, czas pomijając, wydzierają mi z ręki. Do końca miesiąca muszę zmienić pracę. I jak zwykle 'samo się' układa. Mam już opcję. Nawet dwie. Przy czym, żeby do drugiej przejść (bardziej obiecującej, pozostając w branży), muszę pierwszą odbębnić (ciekawa propozycja, choć siebie specjalnie tam nie widzę). Mam też zapowiedziany awans. I oficjalne pozwolenie na szukanie innych ofert 'wiem, że to nie Twoja branża, więc gdybyś znalazła coś ciekawszego, zrozumiem, choć bardzo chciałbym Cię tam widzieć'.
Lubią mnie jednak. Muszą lubić. W życiu z dniem wypowiedzenia nie miałam nowej oferty pracy, w dodatku od własnego szefa.

Tak, ten rok musi skończyć się dobrze. Sięgam z nadzieją po słodszą część tego pudełka.

czwartek, 30 września 2010

...

Jestem jak ryba wyciągnięta z wody. Usilnie próbuję schwytać powietrze w oskrzela. Otwieram usta, ale tlen zatrzymuje się gdzieś w połowie drogi. Z przerażeniem wykonuję coraz płytsze, gwałtowniejsze oddechy. I chciałabym, żeby to był sen. Tak bardzo chcę, że gdy stan ustępuje, jestem przekonana, że się obudziłam. Tyle, że najchętniej wcale bym się nie budziła. Taka jestem zmęczona. Pomroczność jasna i sen zimowy.
Jestem jak topielica. Niedogrzana, zimna. Tak, oziębła też. Garściami wypadają mi włosy, przerzedzając się już dość znacznie. Za to paznokcie się wzmocniły, jakby przystosowując się lepiej do życia. I tylko ten ostatni puzzel nigdzie mi nie pasuje. Dziwna ta układanka.

Leków nie mam od przeszło dwóch tygodni, a tarczyca rujnuje mi życie.

PS. Starzeję się. Przy okazji przypomniałam sobie, po latach rzecz jasna, że mam astmę. Nie żebym odczuła ją jakoś (to atopowa odmiana), ot tak, mam potrzebę posiadania.

piątek, 27 sierpnia 2010

Wycinanka

Czasem myślimy, że niektórzy ludzie będą przy nas zawsze. Że niezależnie od tego, co się wydarzy, jak potoczą się dalsze losy, relacja, choć może zmodyfikowana, będzie trwała. Czasem, choć bardzo chcemy inaczej, odcinamy się sami. Innym razem, obie strony po prostu nie dorastają do modyfikacji. Albo te, przerastają. A czasem wyrastamy ze znajomości.

Podobnie myślałam, kiedy kilka relacji zmierzało do nieuchronnego wymarcia. Myślałam, że kilka osób będzie stale. Myślałam, że pokład przyjacielski, jaki budowałam przez lata, będzie wyznacznikiem wartości. Że ta wartość pozwoli zachować znajomość. Ale wtedy młodzieńcza naiwność nie pozwalała mi, na wzięcie poprawki.

Myślałam też, tak zupełnie naiwnie, że kocha się zawsze. Że uczucie, nawet po zakończeniu związku, w jakiś sposób zostaje. W końcu niejednokrotnie można usłyszeć, że uczucia, zwłaszcza te pierwsze, zostawiają ślad na całe życie. Przeżywając swoje, dochodzę do wniosku, że to brednie, które mógł wymyślić tylko romantyk, żyjący przeszłością.
Wraz z upływającym czasem, uczucie wyparł sentyment. A teraz nawet i tego nie ma. Może dlatego, że nie żyję wspomnieniami, że nie wracam wstecz. A pędzę przed siebie i w biegu widzę jedynie światełko do przyszłości.

Spotkanie towarzyskie. Usiadłam z nią przy jednym stoliku. Grupa wesołych dziewczyn pochylonych nad ciastkami. Gwarno, rozmowy, uśmiechy zamiennie z salwami cichego śmiechu. A w mojej głowie pustka. Uczucie, jakby spotkała tą dziewczynę drugi raz w życiu. Jakby za pierwszym razem spotkanie było przypadkiem. Jakbyśmy nie wypowiedziały wtedy zbyt wielu znaczących słów. Raczej skupiły się na kurtuazyjnym 'cześć', uśmiechu i podążeniu w swoją stronę. Wrażenie jakbym jakoś ją znała, ale jednocześnie wciąż była obcą mi osobą. Tak też było i na tym spotkaniu. Kurtuazja i podtrzymywanie dystansu. Jakby żadna z nas na tym ponownym spotkaniu nie była zainteresowana poznaniem. Bo w sumie przecież nie była.

Nie chciałam nigdy ocknąć się z przekonaniem, że ktoś, niegdyś bliski stał się obcy. Nie chciałam, a wyszło. Widać nie byłyśmy gotowe na zmianę relacji na przyjacielską. Nie byłyśmy gotowe, na jakąkolwiek relację. Choć przecież przyjacielem zawsze starałam się być w pierwszej kolejności. I choć zawsze powtarzałam, że zawsze nim będę.
Kiedyś zastanawiałam się, co by było, gdybym zechciała odnowić stare przyjaźnie. Teraz już wiem, że skończyły się w swoim czasie, a nic co odgrzewane, nie smakuje tak samo.

piątek, 20 sierpnia 2010

Na podsłuchu

Miałam wczoraj inspirującą, rozmowę. No dobrze, rozmowa to może za wiele - szybką wymianę zdań z starym, niezbyt bliskim znajomym. Tak w sam raz między moją kawą w trakcie realizacji, a jego zamówieniem piwa. Rozmawialiśmy o coraz większym spłyceniu wszelkich relacji. Usłyszałam od niego, że to ponoć nowa domena Polaków. Że to właśnie nasz naród, tak dobitnie nie potrafi odnaleźć się w sytuacjach międzyludzkich. Tego nie wiem. Przyglądając się jednak społeczeństwu, nie wiem czy mam się rozczulić, rozpłakać czy śmiać do rozpuku. Fakt, żyję w specyficznym środowisku. Otaczają mnie specyficzni ludzie. Jednak śladowe tych wzorców widzę w ponoć 'normalnym' świecie. Ale od początku:

Opowiedział mi, pokrótce lata, kiedy się nie widzieliśmy. Wyjechał poza granice, jak zwykle w poszukiwaniu chleba, a znalazł się w szczęśliwym związku na kilka lat. Sam ten fakt budził jego największe zdziwienie. Pamiętamy wszak oboje jak ciężko, było mu się tu, w Polsce, z kimś umówić, spotykać i stworzyć coś bardziej trwałego. Jego najdłuższy związek to pół roku (nomen omen, z moim byłym współpracownikiem i tu sama jestem zdziwiona, że to tyle trwało, ów znajomy zresztą również).
Wieloletni związek rozpadł się przez niechęć tego znajomego do zmiany kontynentu, a partner udał się w podróż za dziećmi z swojego pierwszego życia. Bywa. Znajomy wrócił, a jego relacje są ciągle na etapie 'pierwszych randek'. Czyli już nawet nie 'magiczny tydzień'.
Nie po raz pierwszy słyszę, o syndromie 'pierwszych randek', stąd dzisiejszy tekst. Pomyślałam, że temat wart przemyślenia.


Zawsze bawił mnie homo światek. Tu płytkość emocjonalna zawsze była na porządku dziennym. Może trochę to zasługa marzeń - ciotki czekają na królewicza na białym rumaku. A przystojny i niegłupi stajenny zupełnie ich nie interesuje. Z lesbijkami jest podobnie, choć - to kobiety. Co za tym idzie, mają większą potrzebę domowego ogniska. Czasem więc z służki próbują, w swoich myślach, wyczarować księżniczkę. Życie jednak rozczarowuje. 'Księżniczka' nigdy nie będzie miała śladów po grochu, na choćby najpiękniejszym ciele. A nieszczęśnicy, w poczuciu głębokiej niesprawiedliwości, marzą nadal. Że też nikt w szkole nie uczy, że ideałów nie ma!

I tak, przez lata obserwowałam, jak tandemy stawały się jednostkami, żeby po chwili połączyć się dwójkami z kimś innym. Zmiany dokonywane na tyle często, że koniec końców ciężko im odpowiedzieć na pytanie: 'ile tych kochanków/ek było przy boku?'. Pomijając nigdy nie zadane: 'czy choć przez sekundę czułem/am się szczęśliwy/wa?'. To fascynujące i smutne zarazem, móc obserwować, jak co tydzień ktoś inny jest tym/tą jedynym/ną do końca życia. To właśnie 'magiczny tydzień'. W ten sposób można by było, ułożyć sobie bardzo magiczne życie. Tyle, że magii w tymże nikt by nie uświadczył.

Niestety, moi starzy znajomi dojrzali znacznie, czy, mówiąc kolokwialnie - posunęli się w czasie. Wraz z upływającymi latami rosła lista ich 'magicznych tygodni'. Nie oszukujmy się, poruszamy się ciągle w tym samym kręgu, ciągle te same 'bogactwa naturalne' eksploatujemy do cna. One muszą się kiedyś skończyć. Albo zostaje guma balonowa, pozbawiona smaku. Jest też trzecia ewentualność, sięgamy po truciznę, przed którą ostrzegano. I tym sposobem znajomi przeszli do okresu 'pierwszych randek'. Spotykają tych, którzy nigdy ich nie interesowali. Niestety nie ma już zbyt wielkiego wyboru i tylko tym podyktowana jest ta desperacja. Albo też umawiają się z tymi, z którymi 'magiczne tygodnie' mieli wszyscy 'znajomi'. I wszyscy, jak jeden mąż odradzali bliższą znajomość.

Patrząc na tą powierzchowność relacji, powierzchowność oceny drugiego człowieka i egoizm (tak, egoizm wiedzie prym) zastanawiam się, jakim cudem Ci 'nieszczęśnicy' od książąt i księżniczek mogą czekać na ideał. Przecież w życiu jak w biznesie, sprawdza się powiedzenie 'jak nie włożysz, nie wyciągniesz'.
*



*Oczywiście całe zagadnienie mocno złożone, i zapewne powrócę do niego nie raz.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Mam w sobie prawdę

Zastanawiam się ostatnio nad tym, czym jest prawda.
Czy prawda to to, co czuję, myślę? Jak odbieram ludzi, świat? Czy prawdą jest to, co wiem o sobie? A może to to, co ludziom wydaje się, że o mnie wiedzą? To jak mnie postrzegają, jak postrzegają świat i otoczenie?
Czy jeśli tą samą prawdę wypowiem na dwa różne sposoby, różnymi słowami, to któraś z prawd będzie bardziej prawdziwa?

Niczym nieznośna mucha krąży po głowie myśl - prawda jest względna. A ostatnio jakoś łatwiej mi przyswoić, że nie ma prawdy obiektywnej. Nie w dzisiejszym świecie. Dziś, choć to smutne, wszystko jest subiektywne. Uwzględnione sposobem podania.

sobota, 7 sierpnia 2010

Wirtualne mruczenie nie jest podstawą budowy żadnej konstrukcji

Im bardziej staram się rozliczyć, tym więcej myślę. I choć myślenie mnie nie boli, ba sprawia niesamowitą przyjemność (ach, ten analityczny umysł!), tak o tym myśleć nie chcę. Lubię moje ciśnienie w granicach normy. Puls, choć czasem zbyt wolny, też lubię. Nie ma sensu ani jednego, ani drugiego podnosić. Tak, lubię siebie i, choć to dziwne, jestem z sobą pogodzona.

Nie pozostaje mi nic innego, jak puścić w diabły część przeszłości. Jakże prosto usunąć wirtualną historię. Wystarczy po tendencyjnym [Delete], jakże często używanym [Enter] potwierdzić decyzję. Zatem do widzenia.

środa, 4 sierpnia 2010

Rozliczenie

Czuję, że się ocknęłam. Jakby ostatnie pół roku było snem. Jakbyś była majakiem. Nie, to nie koszmar, raczej przyjemny łatwy sen, tyle, że bez happy end'u. Zdarza się i tak. Za to, z pouczającym zakończeniem, taka lekcja pokory, dla tych, co zapominają, że czujność to podstawa funkcjonowania. Na pustyni, pożarłby mnie lew.
Morał historii, powodujący uśmiech, choć był też ten, przez łzy. Tak też się zdarza.

Przebudzona próbuję nadrobić czas, który uciekł przez palce. Myślę dużo. Nie, już nie o Tobie. A jeśli już, to zupełnie pośrednio. Napisałaś kiedyś, że nie wybaczasz. Ja jestem dumna. Może to ta zasadnicza różnica między nami? Może moja duma ma w sobie więcej klasy, a Twoje niewybaczanie ma znamiona mściwości?

Ostatnio (przyznam, pod wpływem lektury) pomyślałam, że przecież nikt, kto nie chce zrobić krzywdy, nie zapewnia, że jej nie zrobi? Że gdybyś miała czyste intencje nie zaczynałabyś znajomości od 'możesz mi zaufać, nie chcę Cię zranić'. I że trafiłaś na dobry, miękki grunt. Ot, chwila słabości.
Najważniejsza lekcja - w chwilach słabości, każdemu zdarzy się uśpić czujność, a słowa klucze zamiast kołatać w głowie, są wypierane. Bo o tych kluczach przypomniałam sobie dopiero, gdy sięgnęłam po książkę
.

Ten list miał być formą rozgrzeszenia własnych win, której przecież nigdy nie przeczytasz. Ale ponieważ pokornie przyjęłam minione zdarzenia, wyciągnęłam wnioski i potrafię się nadal uśmiechać, myślę, że to już nie potrzebne. Może coś straciłam, z pewnością zyskałam. Bilans zysków i strat wychodzi na plus. Tak, nadal analizuję, teraz jakby trzeźwiej. A z bilansami ostatnio mi bardzo po drodze.


piątek, 23 lipca 2010

Powroty

Wróciłam z dalekiej podróży. Takiej z chwilową zmianą zamieszkania. Aż chciałoby się napisać 'miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze'.

Nowe miejsce to zawsze duża doza radości, emocji i ekscytacji. Przecież wszystko zaczynasz od nowa! To czas remontów, wybór koloru ścian i kafli do wymarzonej łazienki. Czas kiedy zastanawiasz się czy zrealizować szalone pomysły, czy szukać jednak klasycznych rozwiązań. Szukasz miękkich poduszek, wygodnej kanapy. Uśmiechasz się do siebie i z dumą patrzysz na efekt końcowy. Czujesz się fantastycznie, bo przecież zadbałaś o każdy detal i szczegół.

To miejsce miało jednak kilka felerów ukrytych przez zamieszkaniem. Takich, co to są szalenie istotne i wyjdą raczej prędzej niż później. Oczywiście pierwsza euforia zaślepia obraz rzeczywisty. Ale przecież widzisz tą brudną plamę na śnieżnobiałym suficie, powstałą na skutek zalania przez sąsiadów wieki temu. Przymykasz oko. Wkrótce odkrywasz, że instalacja elektryczna do wymiany, rury z instalacji wodnej grają z zużycia, tynk trzyma się na słowo honoru a drzwi wejściowe za chwilę runą z futryną. Twoim oczom ukazuje się ruina, w którą włożyłaś całe serce. Jedyne co masz przed oczami to jak najszybsza ucieczka.

Z oczywistego wracasz, gdzie do tej pory było twoje miejsce na ziemi. Może miejsce mniej przestrzenne, mniejsze metrażowo, może ma mniej udogodnień i nie jest na granicy centrum z śródmieściem, za to jest znane i bezpieczne. Czujesz rozczarowanie, czasem żal nad poświęconym czasem. Lub głęboką niesprawiedliwość. Ale wówczas przypomina Ci się dlaczego tak cenisz mieszkanie na uboczu, gdzie cisza, spokój i brak sąsiadów. Dlaczego tak dobrze Ci w przestrzeni, tyle, że nie tej mieszkalnej, a życiowej ogólnie, bo las i jezioro za oknem. Dlaczego tak chętnie sprzątasz te kilkadziesiąt metrów, bo przecież przy nadmiernej perfekcji sprzątanie wielkiego domu byłoby koszmarem. I uśmiechasz się znów. W końcu jesteś u siebie.