Jestem jak ryba wyciągnięta z wody. Usilnie próbuję schwytać powietrze w oskrzela. Otwieram usta, ale tlen zatrzymuje się gdzieś w połowie drogi. Z przerażeniem wykonuję coraz płytsze, gwałtowniejsze oddechy. I chciałabym, żeby to był sen. Tak bardzo chcę, że gdy stan ustępuje, jestem przekonana, że się obudziłam. Tyle, że najchętniej wcale bym się nie budziła. Taka jestem zmęczona. Pomroczność jasna i sen zimowy.
Jestem jak topielica. Niedogrzana, zimna. Tak, oziębła też. Garściami wypadają mi włosy, przerzedzając się już dość znacznie. Za to paznokcie się wzmocniły, jakby przystosowując się lepiej do życia. I tylko ten ostatni puzzel nigdzie mi nie pasuje. Dziwna ta układanka.
Leków nie mam od przeszło dwóch tygodni, a tarczyca rujnuje mi życie.
PS. Starzeję się. Przy okazji przypomniałam sobie, po latach rzecz jasna, że mam astmę. Nie żebym odczuła ją jakoś (to atopowa odmiana), ot tak, mam potrzebę posiadania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz