środa, 20 czerwca 2012

I love your smile

Odkryłam, że potrafię znów się uśmiechać. Takim szczerym uśmiechem, gdzieś z głębi mnie samej.


Uśmiecham się do słuchanej muzyki. Gdziekolwiek się wybieram, to zawsze towarzyszą mi słuchawki. Spaceruję więc z energetycznymi, pozytywnymi dźwiękami, które sprawiają, że najchętniej zatańczyłabym na środku ulicy. Uśmiecham się więc na samą myśl. I uśmiecham się, gdy nucąc pod nosem okazuje się, że ktoś kto mnie mija, ma minę z serii bezcennych, bo przecież ogarniam ulicę wzrokiem tylko, gdy wpadnie mi do głowy wykonać jakiś mini układ choreograficzny. I często ten uśmiech jest po prostu zwykłym, kolokwialnym bananem, który też wzbudza uśmiech. Jestem więc samonapędzającą się maszyną. 
Odkąd odkryłam, że magia słuchawek działa, nie zdarza mi się ponuro przemierzać ulic. I gdy ludzie dziwnie przyglądają mi się na ulicy, uśmiecham się jeszcze szerzej.


Choć dla mnie samej to głupie, to uśmiecham się też, gdy oglądam piłkę nożna. Głupie, bo piłka nigdy mnie nie interesowała. Byłam kobietą, dla której dwudziestu dwu chłopa biegających za jedną piłką to był wyższy poziom abstrakcji. I choć początkowo do pierwszego meczu oglądanego chcąc nie chcąc (bardziej jednak nie chcąc) podeszłam bez większego entuzjazmu, to wkrótce uświadomiłam sobie, że to ten sam poziom emocji jaki wzbudza we mnie oglądanie filmów o ludziach z pasjami, marzeniami, przezwyciężających przeciwności losu. Odkryłam też, że sprawia mi przyjemność patrzenie na doskonałą kondycję i warunki techniczne piłkarzy. I na każde drgnięcie mięśni puszczone w zwolnionym tempie. Nie byłabym sobą gdybym nie dowiedziała się zaraz co to jest spalony, dośrodkowanie i jak się dowiedzieć kto z kim będzie grał w ćwierćfinałach wg tabeli wyników.
Uśmiecham się więc czekając na ćwierćfinały, mając swoich faworytów.

Uśmiecham się z dumą gdy patrzę na mojego brata na boisku. I na widok jego tak widocznego poczucia przynależności i dumy z zdobytych punktów czy wygranej. Uśmiecham się, gdy widzę, że czuje się tam jak w drugiej rodzinie.
Uśmiecham się z czułością, gdy moja babcia, kobieta, która w mojej głowie funkcjonuje jako kobieta nieustraszona i nieustępliwa wraz z wiekiem zyskała innego wymiaru. I gdy nagle zaczyna panikować, co do niej zupełnie nie pasuje.
Uśmiecham się też na widok Niuńka bawiącego się gumką, niemal zapominając, że zapodział gdzieś mój pędzel do makijażu. I gdy udaje, że wcale nie ma go w pobliżu kwiatka, którego chce obgryźć. I gdy ryje się pod kołdrę, choć mnie na skórzanej, chłodnej kanapie jest za gorąco.
I uśmiecham się bardzo na myśl, że uporządkowuję znów swoje nawyki żywieniowe i nie czuję potrzeby zażerania czegokolwiek. I częściej uśmiecham się do miski sałaty z najlepszym vinegrette'm czy koktajlem owocowym niż do myśli o czymkolwiek innym, co do tej pory stanowiło o namiastce szczęścia. Wiem też, że uśmiechnę się, gdy uda mi się zrzucić to wszystko co zyskałam przez te pół roku.

I tak sobie myślę, że niezwykle dobrze zrobiły mi te dwa miesiące praktycznie z dala od wszelakich ludzi. Takiej przestrzeni i komfortu psychicznego bycia tylko dla siebie było mi trzeba.
Okazało się bowiem, że mam jeszcze jeden powód do uśmiechu. Nie muszę zmieniać mojego wyobrażenia o bliskich - wciąż ktoś do niego pasuje.

Sporo tych powodów do uśmiechu znalazło się w ciągu tych dwóch miesięcy, czyż nie? :)