niedziela, 26 sierpnia 2012

As always?

Koncept na tę notkę jeszcze dwa tygodnie temu był piękny - pochwalić się świetnym samopoczuciem, energią i ogólną pogodą ducha. Tak - użyłam czasu przeszłego. Bo przecież u mnie jak zawsze - nie może być dobrze.

Przez te dwa miesiące nieobecności była chwila, kiedy było mi dobrze. Bardzo dobrze. Chwila trwała miesiąc, a dokładnie 5tygodni. Chwilą było wylewanie z siebie siódmych potów w towarzystwie niejakiego Tony'go Hortona alias Johnny Bravo.
Wstawałam wypoczęta, radosna z zapałem do działania, do życia. Zmotywowana trochę przez siebie, trochę przez A. ćwiczyłam, bo chciałam zadbać o siebie i możliwe najlepszą starość (tak tak, mam fobię - że starość zastanie mnie niedołężną, niezdolną do zajęcia się sobą, a w ogóle najpiękniej by było, jakby starość mnie nie zastała - ot ominęła moje drzwi). I choć miało być bez jakiegoś zbędnego ciśnienia to były i momenty, kiedy moje 'lepiej, szybciej, efektowniej' perfekcjonizmu musiałam hamować. Robiłam coś tylko dla siebie, co dodatkowo mnie podnosiło na duchu i napawało dumą. Że mogę, że potrafię.

Niestety przyszedł czas, kiedy straciłam siłę. Widać przyłożenie się do ćwiczeń zapominając o zbilansowanym jedzeniu, czy jedzeniu w ogóle nie wyszło mi na dobre. Wraz ze spadkiem temperatury pojawił się i spadek energii, chęci. Pojawiło się zmęczenie, którego nie potrafiłam opanować. Odstawiłam ćwiczenia na weekend  skupiając się na jedzeniu. Po weekendzie wcale nie było mi lepiej, więc przedłużyłam weekend o poniedziałek. A potem cały tydzień się posypał jak głupi i nawet nie pamiętam, czy z planu sześciu dni zrobiłam dwa czy trzy. Teraz drugi tydzień nie robię nic. I nie wiem, czy to bardziej z powodu gorszych dni odstawiłam ćwiczenia, czy gorsze dni pojawiły się w ramach braku ćwiczeń. Nie wiem.

Wiem za to, że coraz częściej mam dzień z myślami nacechowane pesymizmem. I co więcej - panicznym strachem. I ten ostatni rozwala mnie najbardziej, bo powody niektórzy nazwaliby totalnie idiotycznymi. Ja zresztą okresami też tak myślę. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że lęki i pesymizm biorą się z głębokich przemyśleń dotyczących siebie, życia i otaczających mnie ludzi. Nie są więc całkowitym wytworem widzimisię.

I licząc, że zmęczenie materiału już przeszło, chciałabym wrócić do Johnnego. Brak mi tylko wsparcia. I motywacja też ostatnio jakoś się zatraciła.