Pamiętam jak mam mówiła mi, że 'wyżej sram niż dupę mam', i jak się zżymałam, że jakże, że skądże znowu. W pamięci mam, jak z niemal pogardą na zarzuty mam, że inne dzieci dobrze się uczą, a ja - powiedzmy sobie szczerze, szkołą głowy sobie nie zawracałam - prychałam, że wiedza wyuczona nie jest żadną wiedzą. No bo przecież ja, ta cudowna, jestem taka oczytana, bo książki pochłaniałam oczami. I pamiętam jak mam mówiła, i nadal powtarza, że praca jest jednym z najważniejszych czynników w życiu ludzkim, a ja odpowiadałam, że ja nie chcę żyć dla pieniędzy, że są inne wartości. I że wolę zamieszkać w lepiance, niż gonić za pieniądzem jak oni, i nic nie mieć z życia.
Pamiętam, niezależnie jak się przed tym wzbraniałam w wypowiedziach, że zawsze uważałam, że w czymś tam jestem lepsza, więc taka zła nie jestem. Pamiętam też to, jak bardzo nie chciałam iść w ślady wszelkich dorosłych. I do teraz ideologicznie chciałabym pracować dla przyjemności. Pamiętam również, że w mojej myśli było to, że do czegoś w życiu dojdę, że coś osiągnę - paradoksalnie przy całym braku wiary w siebie i własne umiejętności. I ciągle w głowie bije myśl, że dlaczego mnie to wszystko spotyka, przecież jestem dobra, oddaje z siebie więcej niż mogę. I łamię wszystkie własne zasady by komuś obok było lepiej, szczęśliwiej, łatwiej. Paradoksalnie też, nieco próżnie, rozglądając się wśród otaczających mnie kobiet, mimo braku owej pewności siebie, uważałam, że może nie jestem top model, ale jestem - mówiąc oględnie - niebrzydka.
I teraz, zbliżając się do okrągłych urodzin, naszła mnie refleksja. Może wcale nie jestem w żaden sposób ładna. I skoro do tego momentu niczego nie osiągnęłam poza depresją, nie osiągnę już nic. Może więc czas schować dumę i przyjemność do kieszeni i iść pracować do tej 'rodzinnej' firmy, w której mam większe szanse na wypracowanie emerytury. I w gruncie rzeczy może nie jestem w niczym lepsza od kogokolwiek.
Może poza byciem co najmniej przeciętną, jestem brzydkim człowiekiem. Może moje wnętrze jest czarne jak noc. A próżność osiągnęła ekstazę. Przecież wszyscy ode mnie uciekają. Może czas zejść na ziemię i zacząć pracować nad sobą na nowo. Może kiedyś będę taka, jak ta wyidealizowana ja, którą chciałabym widzieć.
czwartek, 29 grudnia 2011
czwartek, 22 grudnia 2011
Z refleksji
Dziwne to uczucie, kiedy ktoś komu poświęcamy najlepsze swoje lata, dla kogo zawsze staraliśmy się być w pierwszej kolejności przyjaciółmi, po tym jak nas zostawia, automatycznie przestaje uważać nas za kogoś bliskiego.
____________________________
Zbliża się ta cholerna data. I na samą myśl napływają mi łzy do oczu. Doprawdy - niech się ktoś zlituje i przed sylwestrem mnie dobije.
Nie daję już rady.
____________________________
Zbliża się ta cholerna data. I na samą myśl napływają mi łzy do oczu. Doprawdy - niech się ktoś zlituje i przed sylwestrem mnie dobije.
Nie daję już rady.
wtorek, 1 listopada 2011
W taki dzień jak ten
przyjdź, zerżnij mnie i wyjdź. Może w końcu coś poczuję.
Albo zostanę pusta lalą na zawsze.
Albo zostanę pusta lalą na zawsze.
piątek, 21 października 2011
Podsumowując kilkanaście minionych miesięcy
- złamano mi serce
- próbowano mnie zgwałcić
- straciłam pracę, którą lubiłam
- w związku z powyższym zaliczyłam mega depresję
- złamano mi serce drugi raz i zostałam sama po wielu latach
- nabawiłam się nerwicy z atakami paniki z powodu pracy i wróciła depresja, która paraliżuje
Tak się zastanawiam - co jeszcze czeka mnie do końca roku?
Nad tym co przyniesie nowy rok, nawet nie chcę się zastanawiać. Ta siódemka chyba nie będzie najszczęśliwsza.
- próbowano mnie zgwałcić
- straciłam pracę, którą lubiłam
- w związku z powyższym zaliczyłam mega depresję
- złamano mi serce drugi raz i zostałam sama po wielu latach
- nabawiłam się nerwicy z atakami paniki z powodu pracy i wróciła depresja, która paraliżuje
Tak się zastanawiam - co jeszcze czeka mnie do końca roku?
Nad tym co przyniesie nowy rok, nawet nie chcę się zastanawiać. Ta siódemka chyba nie będzie najszczęśliwsza.
czwartek, 6 października 2011
...
Prawidłowość:
Po salwach głośnego śmiechu i ogólnej 'głupawki' przyszedł spadek i niekontrolowane łzy. Norma, do której przywykłam - nie może być przecież za dobrze.
Odchył od normy:
Idiotycznie doskonały, doskonale idiotyczny obraz podsunięty przez mój mózg. I teraz choć zastanawiam się jak mogłam tak pomyśleć, ziarenko się zasiało. Myślę więc dalej.
wtorek, 20 września 2011
Królowa powłóczystych spojrzeń bez ciągu dalszego
Emanuję energią. Roztaczam blask, którym grzeję.
Biegam z jednej randki na drugą. Randki, które nie mają szans by nimi być. Nie dla mnie. Uśmiecham się do kobiet z drugiej strony stolika, a przynajmniej tak im się wydaje. Uśmiecham się do siebie, do swoich myśli, swoich pragnień. Uśmiecham się zalotnie, z na wpół przymkniętych powiek - przez pryzmat zmęczenia, o którym nie wiedzą.
Tańczę rozglądając się po sali z kocim uśmiechem. Wyzwalam napięcie wśród innych. Wyzwalam napięcie u siebie. Pobudzam, stymuluję. Rozpalam pożądanie i zmysły. Uśmiecham się do własnego odbicia w niewielkim lustrze knajpianej toalety. Zwilżam wargi, przygryzam i z rozmierzwionym włosem, lekko zamglonym spojrzeniem zwracam się ku wyjściu.
Uśmiecham się na myśl o powrocie do dużego, pustego łóżka. Do mieszkania z jedną stałą istotą - kotem. Uśmiecham się na myśl, że pustka jest konsekwencją wyboru. Dobrze mi tak. Cieszę się z bycia sobą i tym, że potrafię spędzać czas w swoim własnym towarzystwie. Lubię narcystycznie przeglądać się w mijanych wystawach i obserwować w nich ilość ludzi, która się za mną obejrzała.
Jestem swoim najlepszym narkotykiem. Potrafię być cudzym - jeśli tylko zechcę. A nie chcę. Bo paradoksalnie odkryłam, że stałość, to nie to, czego teraz mi potrzeba.
piątek, 17 czerwca 2011
'You're Electric'
Doświadczony człowiek może mieć duży dystans, albo dużo luzu. Staram się łapać to drugie.
Uczę się tego innego życia. Uczę się siebie, zaglądając w najgłębsze zakamarki swojego umysłu. Przeczesuję serce i duszę w poszukiwaniu nieznanych części swojej osobowości. Poznaję swoje samotne ego. Odnajduję się. Nie spodziewałam się tego. Zaskakujące, jak człowiek niewiele może wiedzieć o sobie. Samotność i pustka zaczynają być coraz bardziej znośne. Oczywiście nadal mam ucisk serca i mokre oczy, przy byle myśli. Nadal tęsknie - nawet bardziej niż tydzień czy dwa temu. Ale stawiam czoła innemu. Stawiam czoła życiu. Modlę się o inny czas - to prawda. Ale nie czekam na niego z założonymi rękoma. Przyjmuję życie z takim zachwytem i taką radością na jakie teraz mnie stać.
Wychodzę ze swojej skorupki. Powoli rozkwitam - jak kwiat, który dostał wody. Skupiam się bardziej na sobie. Możesz mi powiedzieć, że to egoistyczne, ale jestem teraz jedyną tak ważną osobą. Po raz pierwszy jestem ważna dla siebie. To zupełnie nowe doznanie. W ramach tego rozdysponowuję pieniądze, te które mam, i te, które będę mieć niebawem. I może to idiotyzm, ale potrzebowałam tego. Rozdysponowuję też czas - na rzeczy ważne dla mnie. Snuję plany. Na bliższy czas i bliższą, choć nieokreśloną przyszłość. Dziwnie jest nie ujmować nikogo w tych planach. Ale przyjemnie jest planować coś tylko dla siebie. Dla własnej przyjemności - bez uszczęśliwiania innych na siłę.
Kupuję błyskotki, noszę limonkowy lakier na paznokciach i taką samą koszulkę. I ktoś z boku powiedziałby, że to typowe zachowanie porzuconej kobiety, która ucieka od myśli i rzeczywistości. Ale ja nie uciekam. Myślę dużo, jak zawsze. A w pracy spędzam tylko osiem godzin. Choć spokojnie mogłabym dwanaście. Staram się po prostu żyć. A po dziewięciu latach chyba czas na zmiany. Czas odnaleźć swój blask i moc.
Uczę się tego innego życia. Uczę się siebie, zaglądając w najgłębsze zakamarki swojego umysłu. Przeczesuję serce i duszę w poszukiwaniu nieznanych części swojej osobowości. Poznaję swoje samotne ego. Odnajduję się. Nie spodziewałam się tego. Zaskakujące, jak człowiek niewiele może wiedzieć o sobie. Samotność i pustka zaczynają być coraz bardziej znośne. Oczywiście nadal mam ucisk serca i mokre oczy, przy byle myśli. Nadal tęsknie - nawet bardziej niż tydzień czy dwa temu. Ale stawiam czoła innemu. Stawiam czoła życiu. Modlę się o inny czas - to prawda. Ale nie czekam na niego z założonymi rękoma. Przyjmuję życie z takim zachwytem i taką radością na jakie teraz mnie stać.
Wychodzę ze swojej skorupki. Powoli rozkwitam - jak kwiat, który dostał wody. Skupiam się bardziej na sobie. Możesz mi powiedzieć, że to egoistyczne, ale jestem teraz jedyną tak ważną osobą. Po raz pierwszy jestem ważna dla siebie. To zupełnie nowe doznanie. W ramach tego rozdysponowuję pieniądze, te które mam, i te, które będę mieć niebawem. I może to idiotyzm, ale potrzebowałam tego. Rozdysponowuję też czas - na rzeczy ważne dla mnie. Snuję plany. Na bliższy czas i bliższą, choć nieokreśloną przyszłość. Dziwnie jest nie ujmować nikogo w tych planach. Ale przyjemnie jest planować coś tylko dla siebie. Dla własnej przyjemności - bez uszczęśliwiania innych na siłę.
Kupuję błyskotki, noszę limonkowy lakier na paznokciach i taką samą koszulkę. I ktoś z boku powiedziałby, że to typowe zachowanie porzuconej kobiety, która ucieka od myśli i rzeczywistości. Ale ja nie uciekam. Myślę dużo, jak zawsze. A w pracy spędzam tylko osiem godzin. Choć spokojnie mogłabym dwanaście. Staram się po prostu żyć. A po dziewięciu latach chyba czas na zmiany. Czas odnaleźć swój blask i moc.
sobota, 4 czerwca 2011
Czasem musisz uwierzyć w sensowność czegoś, żeby dostać w tyłek
Przez 8lat znajomości nie straciłam wiary. Pomimo wszelkich przewijających się, raniących historii, nierozwiązanych spraw, przemilczanych problemów - wciąż wierzyłam. Wierzyłam, że każda kolejna, chwilowa fascynacja jest tylko chwilową fascynacją. Udawałam więc, że nie widzę, a fascynacje mijały. Wierzyłam, że przezwyciężymy każdy zły czas, i że razem uśmiechać się będziemy, kiedy wyjdą pierwsze, wiosenne promienie słońca. Wierzyłam w wspólną siłę i siłę każdej z osobna, gdy byłyśmy razem. Wierzyłam w wielokrotnie powielane uśmiechy nad wyjazdowymi lodami, których już więcej nie powtórzyłyśmy. Wierzyłam, że jestem tą spadającą gwiazdką, którą sobie wymodliłaś. I w każde wypowiedziane 'jesteś moim największym skarbem'. Wierzyłam w gotowość oddania życia za siebie nawzajem. I w to, że będę budzić się obok Ciebie do kresu swych dni, gdy Ty obiecywałaś kochać mnie jak stąd do końca kosmosu i jeszcze dalej.
Straciłam wiarę, kiedy rok temu stanęłam zrezygnowana przed faktem, że dwuletnie próby zwrócenia na siebie Twojej uwagi, nie przyniosły żadnego efektu. Że przez dwa lata byłam etatową, gałgankową przytulanką, kiedy idzie się w pośpiechu spać. Straciłam wiarę całkiem, kiedy znalazł się ktoś, kto pozwolił mi uwierzyć, że jestem warta każdej minuty i każdej sekundy. I choć ten ktoś poświęcał mi swój czas w nadmiarze, to jednocześnie, co dziwne, starał się, bym uwierzyła w swój związek, w Ciebie. Pozwoliłam Ci wtedy wrócić, licząc, że się nauczysz, jak starać się o mnie. Pozwoliłam, byś znów mogła być w moim życiu, licząc się z każdą tego konsekwencją. Pozwoliłam, bo tak bardzo Ci na tym zależało, a ja nigdy nie przestałam Cię kochać. Niestety, gładkie słówka okazały się nic nie warte, a zmarnowana szansa boli raną prometeuszową. Rozgoryczenie czuję tym większe, gdyż zdążyłam znów uwierzyć, że możesz być spełnionym marzeniem. A przecież wiesz, że ja nie marzę.
Upewniłaś mnie tylko, że na marzenia nie ma miejscu w moim życiu. Zwyczajnie, nie są możliwe do spełnienia. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak podziękować za wspólny czas i powiedzieć 'żegnaj'. Teraz muszę się nauczyć żyć bez Ciebie.
Bo nie można zatrzymać kogoś, kto tego nie chce...
Straciłam wiarę, kiedy rok temu stanęłam zrezygnowana przed faktem, że dwuletnie próby zwrócenia na siebie Twojej uwagi, nie przyniosły żadnego efektu. Że przez dwa lata byłam etatową, gałgankową przytulanką, kiedy idzie się w pośpiechu spać. Straciłam wiarę całkiem, kiedy znalazł się ktoś, kto pozwolił mi uwierzyć, że jestem warta każdej minuty i każdej sekundy. I choć ten ktoś poświęcał mi swój czas w nadmiarze, to jednocześnie, co dziwne, starał się, bym uwierzyła w swój związek, w Ciebie. Pozwoliłam Ci wtedy wrócić, licząc, że się nauczysz, jak starać się o mnie. Pozwoliłam, byś znów mogła być w moim życiu, licząc się z każdą tego konsekwencją. Pozwoliłam, bo tak bardzo Ci na tym zależało, a ja nigdy nie przestałam Cię kochać. Niestety, gładkie słówka okazały się nic nie warte, a zmarnowana szansa boli raną prometeuszową. Rozgoryczenie czuję tym większe, gdyż zdążyłam znów uwierzyć, że możesz być spełnionym marzeniem. A przecież wiesz, że ja nie marzę.
Upewniłaś mnie tylko, że na marzenia nie ma miejscu w moim życiu. Zwyczajnie, nie są możliwe do spełnienia. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak podziękować za wspólny czas i powiedzieć 'żegnaj'. Teraz muszę się nauczyć żyć bez Ciebie.
Bo nie można zatrzymać kogoś, kto tego nie chce...
wtorek, 31 maja 2011
Judge me, feel free
Dostałam silne, dwie pary ramion. Ramion, które były mi tak potrzebne, żeby móc oprzeć głowę i pozwolić sobie na kilka łez. Dostałam je na dwa dni. A płakać potrafię tylko w półmroku własnego mieszkania. Gdy wiem, że nikt na mnie nie patrzy. Gdy nie widzi idiotki, którą zostałam. Gdy sama się nie widzę. Przerażające.
środa, 25 maja 2011
...
Kiedy chcesz coś zakończyć, a ktoś przekonuje Cię, że trzeba dać temu szansę, to rok później boleśnie doświadczasz, jak bardzo ten rok da Ci po tyłku. I jak piękne podsumowanie tego zakończenia nastąpi.
poniedziałek, 23 maja 2011
Licząc do trzech?
Noc - ciepła i rozświetlona latarniami, które jak na złość gasły gdy przechodziłam. Przyśpieszony krok. Śpieszne tętno. Szybki, płytki oddech i szum w uszach. Podwyższona adrenalina. W głowie kolejne scenariusze i panika gdy zaczepiono mnie pytaniem o drogę.
Wiedziałam, że nocny spacer powrotny skończy się wystąpieniem potu i drobnej arytmii. A mimo to, nieco z premedytacją, się go podjęłam.
Kuszenie czy idiotyzm?
Wiedziałam, że nocny spacer powrotny skończy się wystąpieniem potu i drobnej arytmii. A mimo to, nieco z premedytacją, się go podjęłam.
Kuszenie czy idiotyzm?
sobota, 21 maja 2011
Myśl towarzysząca od miesiąca, może trzech...
... gdy czas przestaje mieć znaczenie.
Jak pachnie wolność?
Jak pachnie wolność?
poniedziałek, 16 maja 2011
Adoracja
man: God?
God: Yes
man: can i ask you something ?
God: Of course!
man: what is for you a million year ?
God: A second
man: and a million dollars?
God: A penny
man: God, Can you give me a penny?
God: Wait a second.
wtorek, 3 maja 2011
O muzyce słów kilka
Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy muzyka zaczęła odgrywać istotną funkcję w moim życiu. Nie pamiętam. Wiem, że już jako podlotek kładłam się do łóżka i przy zgaszonym świetle, do późna, póki nie zasnęłam, słuchałam ciekawych, nocnych audycji radiowych. Zwykle po trzeciej, czasem w okolicach czwartej przebudzałam się, tylko po to, by wyłączyć radio przed wstającym wcześnie rano tatą. Nie pamiętam, ponieważ w domu muzyka była traktowana nieco po macoszemu. Jako dodatek do zabawy, względnie jako wypełniacz ciszy.
Wprawdzie tata jest człowiekiem, który niewątpliwie pewną wiedzę muzyczną posiada (pewną, ponieważ wyspecjalizował się głównie w segmencie muzyki rockowej lat '60, '70, '80), niestety, owej wiedzy nie przekazał mi za grosz. Myślę, że to trochę zasługa mojej mam, a po części i moja. Ale nic nikomu nie zarzucając, dźwięki w naszym domu były stale, jednak była to muzyka popularna, puszczana w komercyjnych stacjach muzycznych. Żeby nie było, jako dziecko pokolenia MTV, psów wieszać na komercyjnych wykonawcach nie będę. Ba, doceniam i sama słucham.
Dzięki temu, że lekcje z gatunków muzycznych odrabiałam sama, żartuję nieraz, że jestem muzycznym nomadem. Chciałabym wierzyć, że to mój pęd do wiedzy i poznania popchnął mnie w kierunku tych wycieczek po dźwiękach. A ponieważ nie pamiętam, by ktokolwiek przyłożył jakkolwiek rękę do takowych inspiracji, wierzę niezłomnie. Innym żartem, jest ten, że odbieram muzykę wszystkimi zmysłami a nawet skórą. Każdy utwór opiszę smakiem, zapachem, obrazem, wyobrażeniem o towarzyszącym dotyku. Każdemu przypiszę porę dnia i roku.. Niezłomnie więc też wierzę, że w każdym gatunku muzycznym znajdę coś co mnie poruszy, coś, co mnie zainspiruje do dalszych poszukiwań. Mam swoje okresy słuchania tylko określonego gatunku, wykonawcy, jednej piosenki w miliardzie wykonań, czy choćby muzyki w określonym języku. Mam też okresy, gdy słucham utworów tylko z określonym tekstem i ładunkiem emocjonalnym. To tyle tytułem przydługiego wstępu. Część właściwą chciałam właśnie emocjom poświęcić.
Każdy z nas ma takie piosenki, które po pierwszych taktach sprawiają, że uśmiech wyraźnie niknie, a oczy zaczynają się 'pocić'. A jeśli nie każdy, to ja z pewnością takie mam.
Moją niekwestionowaną królową jest 'Piosenka księżycowa' Varius Manx. Wystarczy pierwszy takt, bym rozpłakała się jak baba z PMSem, w głębokim pokwitaniu, tudzież ciąży. Nie słyszałam wprawdzie o wpływie muzyki na hormony, ale reakcję tę tłumaczę jedynie tym, że wpływ musi być. I to wyraźny. Oczywiście, jak to baba z PMSem, jak raz wpadnie w czarną dziurę, tak ciężko jej się z niej wygrzebać. Tak samo u mnie problematyczne okazuje się zmienienie kalibru emocjonalnego płynących dźwięków. Podobny wpływ ma na mnie Tracy Chapman. Różnica między Tracy a Variusem jest taka, że do Tracy potrzebuję określonego stanu wewnętrznego własnego. Przy Variusie mogę mieć i najlepszy humor by natychmiast posmutnieć.
Świadomie na katharsis i masochistyczne morze łez czasem się skazuję (dobrze mi to robi na oczy), lecz bynajmniej na takie oczyszczenie nie miałam ochoty dzisiejszego wieczoru. Wiadomo jednak, że przypadki rządzą się swoimi prawami. I tak oto, pod wpływem głupiego i nieuważnego klikania na youtube w linki powiązane, na 7 godzin zawiesiłam się na twórczości jednej Pani. Napiszę od razu, że przesłuchałam zawartą na serwisie dyskografię, wracając co chwilę do dwóch utworów. I przyznaję, godnie depczą po piętach Variusowi. Niezwykłego odkrycia dokonałam rok temu, kiedy to jeden z nich rozładował napięcie na tyle, że mogłam zacząć oddychać. A potem, kiedy niewiele później, drugi z kolei, spowodował napięcie, które ponownie utrudniło oddychanie. Toteż, co z jeszcze większym zdziwieniem odkryłam, osoby z nerwicą objawiającą się hiperwentylacją (i najprawdopodobniej z nadmierną wrażliwością) powinny uważniej dobierać repertuar.
I tak właściwie napisałam to wszystko tylko po to, żeby się z Wami podzielić odkrytą miłością życia. Polecam zamknięcie oczu. Słuchawki obowiązkowe. Najlepiej smakują słuchane nocą, ale jeśli ktoś nie chce czekać, zamknięte oczy powinny wystarczyć. Oba utwory w wersji live. Bo te zwykle najpiękniej poruszają duszę. No i przyznaję - mam słabość do smyczków.
Sia 'Don't bring me down' (najpiękniejsze wykonanie, jakie dane było mi usłyszeć):
I Sia 'Breathe me' (kiedyś znalazłam ciekawszą wersję, ale jak wiadomo, 'na mocy praw autorskich, w twoim kraju...'):
Wprawdzie tata jest człowiekiem, który niewątpliwie pewną wiedzę muzyczną posiada (pewną, ponieważ wyspecjalizował się głównie w segmencie muzyki rockowej lat '60, '70, '80), niestety, owej wiedzy nie przekazał mi za grosz. Myślę, że to trochę zasługa mojej mam, a po części i moja. Ale nic nikomu nie zarzucając, dźwięki w naszym domu były stale, jednak była to muzyka popularna, puszczana w komercyjnych stacjach muzycznych. Żeby nie było, jako dziecko pokolenia MTV, psów wieszać na komercyjnych wykonawcach nie będę. Ba, doceniam i sama słucham.
Dzięki temu, że lekcje z gatunków muzycznych odrabiałam sama, żartuję nieraz, że jestem muzycznym nomadem. Chciałabym wierzyć, że to mój pęd do wiedzy i poznania popchnął mnie w kierunku tych wycieczek po dźwiękach. A ponieważ nie pamiętam, by ktokolwiek przyłożył jakkolwiek rękę do takowych inspiracji, wierzę niezłomnie. Innym żartem, jest ten, że odbieram muzykę wszystkimi zmysłami a nawet skórą. Każdy utwór opiszę smakiem, zapachem, obrazem, wyobrażeniem o towarzyszącym dotyku. Każdemu przypiszę porę dnia i roku.. Niezłomnie więc też wierzę, że w każdym gatunku muzycznym znajdę coś co mnie poruszy, coś, co mnie zainspiruje do dalszych poszukiwań. Mam swoje okresy słuchania tylko określonego gatunku, wykonawcy, jednej piosenki w miliardzie wykonań, czy choćby muzyki w określonym języku. Mam też okresy, gdy słucham utworów tylko z określonym tekstem i ładunkiem emocjonalnym. To tyle tytułem przydługiego wstępu. Część właściwą chciałam właśnie emocjom poświęcić.
Każdy z nas ma takie piosenki, które po pierwszych taktach sprawiają, że uśmiech wyraźnie niknie, a oczy zaczynają się 'pocić'. A jeśli nie każdy, to ja z pewnością takie mam.
Moją niekwestionowaną królową jest 'Piosenka księżycowa' Varius Manx. Wystarczy pierwszy takt, bym rozpłakała się jak baba z PMSem, w głębokim pokwitaniu, tudzież ciąży. Nie słyszałam wprawdzie o wpływie muzyki na hormony, ale reakcję tę tłumaczę jedynie tym, że wpływ musi być. I to wyraźny. Oczywiście, jak to baba z PMSem, jak raz wpadnie w czarną dziurę, tak ciężko jej się z niej wygrzebać. Tak samo u mnie problematyczne okazuje się zmienienie kalibru emocjonalnego płynących dźwięków. Podobny wpływ ma na mnie Tracy Chapman. Różnica między Tracy a Variusem jest taka, że do Tracy potrzebuję określonego stanu wewnętrznego własnego. Przy Variusie mogę mieć i najlepszy humor by natychmiast posmutnieć.
Świadomie na katharsis i masochistyczne morze łez czasem się skazuję (dobrze mi to robi na oczy), lecz bynajmniej na takie oczyszczenie nie miałam ochoty dzisiejszego wieczoru. Wiadomo jednak, że przypadki rządzą się swoimi prawami. I tak oto, pod wpływem głupiego i nieuważnego klikania na youtube w linki powiązane, na 7 godzin zawiesiłam się na twórczości jednej Pani. Napiszę od razu, że przesłuchałam zawartą na serwisie dyskografię, wracając co chwilę do dwóch utworów. I przyznaję, godnie depczą po piętach Variusowi. Niezwykłego odkrycia dokonałam rok temu, kiedy to jeden z nich rozładował napięcie na tyle, że mogłam zacząć oddychać. A potem, kiedy niewiele później, drugi z kolei, spowodował napięcie, które ponownie utrudniło oddychanie. Toteż, co z jeszcze większym zdziwieniem odkryłam, osoby z nerwicą objawiającą się hiperwentylacją (i najprawdopodobniej z nadmierną wrażliwością) powinny uważniej dobierać repertuar.
I tak właściwie napisałam to wszystko tylko po to, żeby się z Wami podzielić odkrytą miłością życia. Polecam zamknięcie oczu. Słuchawki obowiązkowe. Najlepiej smakują słuchane nocą, ale jeśli ktoś nie chce czekać, zamknięte oczy powinny wystarczyć. Oba utwory w wersji live. Bo te zwykle najpiękniej poruszają duszę. No i przyznaję - mam słabość do smyczków.
Sia 'Don't bring me down' (najpiękniejsze wykonanie, jakie dane było mi usłyszeć):
I Sia 'Breathe me' (kiedyś znalazłam ciekawszą wersję, ale jak wiadomo, 'na mocy praw autorskich, w twoim kraju...'):
wtorek, 26 kwietnia 2011
...
bezludną wyspą jestem oddzieloną od kontynentu powstałą na skutek płyt tektonicznych wędrówki wyspą samotną na bezkresnego oceanu środku której nie zasiedla nikt jestem wyspą bez przyszłości z przeszłości bagażem nikt mnie nie zasiedli bo wybuchłam kiedyś milionem magmowych łez wyjałowiłam się nie tętnie życiem bo życie wytętniło się samo
żeby nie być tak pustą pozjadałam znaki przystankowe i wszelkie przyjęte normy
żeby nie być tak pustą pozjadałam znaki przystankowe i wszelkie przyjęte normy
wtorek, 15 marca 2011
Dzień dobry, wiosna!
'Jeśli spoglądasz wstecz i odtwarzasz w pamięci ostatni rok, a z oczu nie płyną Ci łzy radości ani smutku, uznaj go za stracony.' Ziółko, 'Ally McBeal'
Przejrzałam szybko w pamięci ostatni rok. Poznałam kogoś, kto uzmysłowił mi, że potrafię wciąż się otworzyć, że potrafię czuć i odbierać rzeczywistość i siebie przez inne pryzmaty. Poznałam ludzi kreatywnych, od których bije zapał i pozytywne, wręcz optymistyczne nastawienie do świata. Zdobyłam kilka cennych doświadczeń, w tym to, że jednak potrafię publicznie występować. Upewniłam się, że praca jednak może być przyjemnością, jeśli jest pasją (i że wcale nie chcę robić nic innego, choćby oferowano mi najpewniejszą acz nudną pracę świata). Wiem też, że wcale nie tak trudno się pracuje, w jak mi się wydawało do tej pory, specyficznej i hermetycznej grupie ludzi. Nabrałam przeświadczenia, że pewność siebie, nie jest czymś, co należy się wybranym i czeka na nich w przygotowanych, kolorowych pudełkach. I wciąż podtrzymuję - mam wokół siebie ludzi, przyjaciół, na których mogę liczyć, niezależnie od sytuacji.
I teraz się zastanawiam, co ja robię od trzech miesięcy. W dresie, z pewnością siebie, odłożoną do pudełka, z przygaszonymi oczyma, które narcystycznie nie odbijają się w żadnych innych, zażerając smutek.
Opracuję więc autorską metodę kilku kroków, które pozwolą mi wrócić do siebie sprzed pół roku.
Krok pierwszy - czas zrzucić te 5kg, które nadprogramowo przypałętały się tej zimy. Ławeczka odgruzowana z zapuszczonej (tak samo jak ja) sypialni.
Program naprawczy mode on - miałam w końcu piękny rok. A, że nie cały? Cóż trzeba się nauczyć przekuwać porażki w sukcesy.
Przejrzałam szybko w pamięci ostatni rok. Poznałam kogoś, kto uzmysłowił mi, że potrafię wciąż się otworzyć, że potrafię czuć i odbierać rzeczywistość i siebie przez inne pryzmaty. Poznałam ludzi kreatywnych, od których bije zapał i pozytywne, wręcz optymistyczne nastawienie do świata. Zdobyłam kilka cennych doświadczeń, w tym to, że jednak potrafię publicznie występować. Upewniłam się, że praca jednak może być przyjemnością, jeśli jest pasją (i że wcale nie chcę robić nic innego, choćby oferowano mi najpewniejszą acz nudną pracę świata). Wiem też, że wcale nie tak trudno się pracuje, w jak mi się wydawało do tej pory, specyficznej i hermetycznej grupie ludzi. Nabrałam przeświadczenia, że pewność siebie, nie jest czymś, co należy się wybranym i czeka na nich w przygotowanych, kolorowych pudełkach. I wciąż podtrzymuję - mam wokół siebie ludzi, przyjaciół, na których mogę liczyć, niezależnie od sytuacji.
I teraz się zastanawiam, co ja robię od trzech miesięcy. W dresie, z pewnością siebie, odłożoną do pudełka, z przygaszonymi oczyma, które narcystycznie nie odbijają się w żadnych innych, zażerając smutek.
Opracuję więc autorską metodę kilku kroków, które pozwolą mi wrócić do siebie sprzed pół roku.
Krok pierwszy - czas zrzucić te 5kg, które nadprogramowo przypałętały się tej zimy. Ławeczka odgruzowana z zapuszczonej (tak samo jak ja) sypialni.
Program naprawczy mode on - miałam w końcu piękny rok. A, że nie cały? Cóż trzeba się nauczyć przekuwać porażki w sukcesy.
poniedziałek, 28 lutego 2011
Z idiotycznych przemyśleń
Mogłabym umrzeć już teraz. Przynajmniej ktoś jeszcze przyjdzie na mój pogrzeb, a potem zatańczy na stole, w imię mojego życzenia.
Zdaje się, że systematycznie buduję swoją samotnię. Odsuwam się od ludzi. Czasem czekam, aż ktoś sobie sam przypomni, że gdzieś tam istnieję, funkcjonuję. Ale nawet najbliżsi przyjaciele przypominają sobie od święta, albo gdy potrzebują towarzystwa na imprezie. Jak zwykle - gdy się nie upomnę, nie dostanę nic. Tylko po co mam się upominać? Nie pozostało mi do powiedzenia nic, czego bym nie powiedziała, albo co chciałabym powiedzieć. W towarzystwie jestem jeszcze bardziej milcząca niż kiedyś.
Tak, nie mam o czym rozmawiać z ludźmi. Bo ludzie nie przywykli, czy też odzwyczaili się od rozmów innych jak te, o pracy, chorobach, dzieciach, wyjazdach, ogólnie o życiu.
A mnie życie znudziło. Siedzę na tyłku, nie pracuję, nie mam dzieci, a przerabianie chorób w okresie, kiedy leczenie tarczycy zarzuciłam pół roku temu, wydaje mi się nie na miejscu. Nie narzekam już nawet na drugą osobę, bo wydaje mi się to bezcelowe i nie prowadzące do niczego. Bo w istocie takie jest. Nie ponarzekam na siebie, bo nie będę się narzucać, ani przerzucać ciężaru za własną niezdarność życiową na innych ludzi. Prawdą jest też to, że coraz częściej odbieram ich w kategorii obcych.
Znów zgrywam twardą dziewczynkę, a na pytanie dziewczyny mojego byłego szefa, gładko kłamię 'jasne, że pracuję, wprawdzie robię coś innego, ale'. Gładkie kłamstwa, to coś, czego nauczyłam się sto lat temu i znów wyciągam tę umiejętność jak asa z rękawa. Make-up, uśmiech, zrobione paznokcie, różowa, neonowa sukienka, zmyślone życie. Coraz rzadziej, na szczęście, muszę się tak nagimnastykować. Gdy kontakt utrzymuje się z filmami, spokojnie można się zaszyć w kołdrze, w polarowym dresie.
Czekam. Podświadomie, coraz częściej włączając w to świadomość, czekam na dzień, taki jak niespełna dziewięć lat temu. Kiedy wyjdę, zamknę drzwi i zacznę nowe życie. Jednak wydaje mi się, że swój limit 'innych żyć' już przerobiłam. Nie jestem kotem. A i za stara jestem na takie numery.
Zawsze bałam się pustki, samotności i śmierci. A teraz, zupełnie świadomie zbudowałam sobie ową próżnię. I tylko śmierć przestała wydawać się takim strasznym wydarzeniem. Czyż to nie ironia losu?
Zdaje się, że systematycznie buduję swoją samotnię. Odsuwam się od ludzi. Czasem czekam, aż ktoś sobie sam przypomni, że gdzieś tam istnieję, funkcjonuję. Ale nawet najbliżsi przyjaciele przypominają sobie od święta, albo gdy potrzebują towarzystwa na imprezie. Jak zwykle - gdy się nie upomnę, nie dostanę nic. Tylko po co mam się upominać? Nie pozostało mi do powiedzenia nic, czego bym nie powiedziała, albo co chciałabym powiedzieć. W towarzystwie jestem jeszcze bardziej milcząca niż kiedyś.
Tak, nie mam o czym rozmawiać z ludźmi. Bo ludzie nie przywykli, czy też odzwyczaili się od rozmów innych jak te, o pracy, chorobach, dzieciach, wyjazdach, ogólnie o życiu.
A mnie życie znudziło. Siedzę na tyłku, nie pracuję, nie mam dzieci, a przerabianie chorób w okresie, kiedy leczenie tarczycy zarzuciłam pół roku temu, wydaje mi się nie na miejscu. Nie narzekam już nawet na drugą osobę, bo wydaje mi się to bezcelowe i nie prowadzące do niczego. Bo w istocie takie jest. Nie ponarzekam na siebie, bo nie będę się narzucać, ani przerzucać ciężaru za własną niezdarność życiową na innych ludzi. Prawdą jest też to, że coraz częściej odbieram ich w kategorii obcych.
Znów zgrywam twardą dziewczynkę, a na pytanie dziewczyny mojego byłego szefa, gładko kłamię 'jasne, że pracuję, wprawdzie robię coś innego, ale'. Gładkie kłamstwa, to coś, czego nauczyłam się sto lat temu i znów wyciągam tę umiejętność jak asa z rękawa. Make-up, uśmiech, zrobione paznokcie, różowa, neonowa sukienka, zmyślone życie. Coraz rzadziej, na szczęście, muszę się tak nagimnastykować. Gdy kontakt utrzymuje się z filmami, spokojnie można się zaszyć w kołdrze, w polarowym dresie.
Czekam. Podświadomie, coraz częściej włączając w to świadomość, czekam na dzień, taki jak niespełna dziewięć lat temu. Kiedy wyjdę, zamknę drzwi i zacznę nowe życie. Jednak wydaje mi się, że swój limit 'innych żyć' już przerobiłam. Nie jestem kotem. A i za stara jestem na takie numery.
Zawsze bałam się pustki, samotności i śmierci. A teraz, zupełnie świadomie zbudowałam sobie ową próżnię. I tylko śmierć przestała wydawać się takim strasznym wydarzeniem. Czyż to nie ironia losu?
piątek, 4 lutego 2011
Przyśniło się
Pojawiła się nagle. Jak gdybym zmieniła wyświetlany film. Stała tuż przede mną - potężna, niemal posągowa. Jednocześnie pozostawało wrażenie jej kruchości, ulotności. Jakby spłoszyć ją miało niezauważalne mrugnięcie rzęs. Wiedziałam, że to pozór. Ułuda, którą dość często ukazywała równie naiwnym, co ciekawskim dziewczętom. Spoglądała na mnie ogromnymi, rozszerzonymi z pożądania oczyma. W czarnych źrenicach widziałam tysiące minionych lat. Zbyt dużo. Zbyt boleśnie. Uśmiechała się, delikatnie, kusząco, ale to jeden z tych demonicznych, przerażających grymasów, który tylko nieliczni potrafią dostrzec. Dostrzegałam. Kruczoczarne kaskady loków otaczały jej pozornie niewinne oblicze. Galeria kontrastów.
Rozłożyła swe ramiona, niczym ogromne czarne skrzydła (a może na odwrót?), oczekując mnie w nich. Stałam wpatrując się w nią, niczym w hipnozie, walcząc przez chwilę ze sobą. Przerażająca w swoim pięknie. Piękna w swym przekleństwie. Uciekłam, nie będąc w stanie znieść jej uroku i niesprzyjającego czasu. Kątem oka dostrzegłam jak z rezygnacją i pewnym niedowierzaniem opuszcza oblepione pięknymi, czarnym piórami ramiona. Stała tam przez chwilę. Smutna postać z celem posiadania. Uciekłam. Bo wiedziałam, że mnie posiąść nie sposób.
Rozłożyła swe ramiona, niczym ogromne czarne skrzydła (a może na odwrót?), oczekując mnie w nich. Stałam wpatrując się w nią, niczym w hipnozie, walcząc przez chwilę ze sobą. Przerażająca w swoim pięknie. Piękna w swym przekleństwie. Uciekłam, nie będąc w stanie znieść jej uroku i niesprzyjającego czasu. Kątem oka dostrzegłam jak z rezygnacją i pewnym niedowierzaniem opuszcza oblepione pięknymi, czarnym piórami ramiona. Stała tam przez chwilę. Smutna postać z celem posiadania. Uciekłam. Bo wiedziałam, że mnie posiąść nie sposób.
piątek, 14 stycznia 2011
About boredom
Zaczynam się powoli nudzić. Te dwa tygodnie, a właściwie trzy, dały mi chwilę oddechu i czasu do ułożenia nowej wizji siebie. Przemyślenia tego, co chcę w życiu robić i do czego dążyć. Założyć cele i ustalić konkretny plan działania. Dostałam od losu trochę cennego czasu, którego zwykle brakuje, by coś nadrobić, głównie jeśli chodzi o docenienie tego, co się posiada, a czego zwykle się nie zauważa.
No dobrze, nie oszukujmy się. Wizji brak (może to i dobrze). Nic nie ułożyłam, poza książkami w (na?) regale i kubkami w kuchni. Z przemyśleń wszystko, tylko nie to, co tyczy mojego życia zawodowego. No może poza subtelną myślą, że ten czas był najlepszym moim czasem, i że chyba [nie, pewności nie mam absolutnie żadnej (przekonania niestety też)] powinnam tę drogę przemierzać dalej. Prawdą jednak jest to, że pojawia się pewna nuda. Zawodowa. I że niezawodowo, doceniam to, co mam stałego. Bez emocjonalnych uniesień i szarpań.
A tak naprawdę, najprawdziwszą prawdę, przeraził mnie (dosłownie), wycięty dzień z życiorysu. Byłam absolutnie (i absurdalnie) przekonana, że dziś jest czwartek. Do tej pory nie mogę dojść do siebie, a dochodzę od ładnych paru godzin.
Czas zacząć działać konstruktywnie. Czy raczej jakokolwiek.
PS. Niestety nadal, a może na powrót, mam cholernie mało wiary w siebie, swoje możliwości, zdolności. Za to cholernie dużo myśli, że jest tysiące takich dziewcząt jak ja, które być może mają lepsze umiejętności, predyspozycje i większe uzdolnienie.
Tak, czas zacząć działać.
No dobrze, nie oszukujmy się. Wizji brak (może to i dobrze). Nic nie ułożyłam, poza książkami w (na?) regale i kubkami w kuchni. Z przemyśleń wszystko, tylko nie to, co tyczy mojego życia zawodowego. No może poza subtelną myślą, że ten czas był najlepszym moim czasem, i że chyba [nie, pewności nie mam absolutnie żadnej (przekonania niestety też)] powinnam tę drogę przemierzać dalej. Prawdą jednak jest to, że pojawia się pewna nuda. Zawodowa. I że niezawodowo, doceniam to, co mam stałego. Bez emocjonalnych uniesień i szarpań.
A tak naprawdę, najprawdziwszą prawdę, przeraził mnie (dosłownie), wycięty dzień z życiorysu. Byłam absolutnie (i absurdalnie) przekonana, że dziś jest czwartek. Do tej pory nie mogę dojść do siebie, a dochodzę od ładnych paru godzin.
Czas zacząć działać konstruktywnie. Czy raczej jakokolwiek.
PS. Niestety nadal, a może na powrót, mam cholernie mało wiary w siebie, swoje możliwości, zdolności. Za to cholernie dużo myśli, że jest tysiące takich dziewcząt jak ja, które być może mają lepsze umiejętności, predyspozycje i większe uzdolnienie.
Tak, czas zacząć działać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)