Emanuję energią. Roztaczam blask, którym grzeję.
Biegam z jednej randki na drugą. Randki, które nie mają szans by nimi być. Nie dla mnie. Uśmiecham się do kobiet z drugiej strony stolika, a przynajmniej tak im się wydaje. Uśmiecham się do siebie, do swoich myśli, swoich pragnień. Uśmiecham się zalotnie, z na wpół przymkniętych powiek - przez pryzmat zmęczenia, o którym nie wiedzą.
Tańczę rozglądając się po sali z kocim uśmiechem. Wyzwalam napięcie wśród innych. Wyzwalam napięcie u siebie. Pobudzam, stymuluję. Rozpalam pożądanie i zmysły. Uśmiecham się do własnego odbicia w niewielkim lustrze knajpianej toalety. Zwilżam wargi, przygryzam i z rozmierzwionym włosem, lekko zamglonym spojrzeniem zwracam się ku wyjściu.
Uśmiecham się na myśl o powrocie do dużego, pustego łóżka. Do mieszkania z jedną stałą istotą - kotem. Uśmiecham się na myśl, że pustka jest konsekwencją wyboru. Dobrze mi tak. Cieszę się z bycia sobą i tym, że potrafię spędzać czas w swoim własnym towarzystwie. Lubię narcystycznie przeglądać się w mijanych wystawach i obserwować w nich ilość ludzi, która się za mną obejrzała.
Jestem swoim najlepszym narkotykiem. Potrafię być cudzym - jeśli tylko zechcę. A nie chcę. Bo paradoksalnie odkryłam, że stałość, to nie to, czego teraz mi potrzeba.