poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Bo się pomylisz...

Minęły dokładnie trzy miesiące od ostatniej notki. A w moim życiu wszystko, jak zwykle, układa się przedziwnym trafem. Jest świeżo, pogodnie i optymistycznie. Uśmiecham się dzień w dzień, od ucha do ucha. Ba, rżę wręcz nieraz i miewam TEN uśmiech na twarzy.
Wiem, że dziś Prima Aprilis - ale naprawdę wszystko układa się świetnie. Może poza bólem głowy i tymi zaspami śnieżnymi. Tęsknię za wiosną i słońcem. Ale to jedyne za czym tęsknię. I lubię siebie taką bez tęsknot, za to zadowoloną.

wtorek, 1 stycznia 2013

Duality

W ubiegłym tygodniu podsumowałam zeszły rok: oduczyłam się przywiązywać do ludzi i nauczyłam się odwiązywać od tych już przywiązanych. Co jest nie lada wyczynem dla osoby, która żyje dla innych. Dla osoby, która nie widziała sensu w istnieniu jeśli ludzi wokół brak. Z pewnością jeśli brak tej jednej osoby. Nauczyłam się jednak funkcjonować sama ze sobą. Sama ze sobą w czterech ścianach. Chwilami nawet godzę się z tym, że nie jestem idealna. W świątecznym smsie dostałam życzenia cierpliwości dla, którzy mnie kochają. Uśmiałam się i pomyślałam, że już bardziej cierpliwa być nie mogę. I zaraz w głowie pojawiła mi się piosenka Kasi Sobczyk:

'O mnie się nie martw,
o mnie się nie martw,
ja sobie radę dam.
Jesteś to jesteś,
a jak Cię nie ma
to tez niewielki kram'

Przestałam potrzebować ludzi. Przestałam potrzebować ich bliskości. Inaczej - przestała mi być ona niezbędna do szczęścia. Usłyszałam, że to smutne. Być może. Przynajmniej nauczyłam się, że liczyć mogę na siebie. Jeśli zawiodę, to to zaboli mniej, niż gdy zawiedzie ktoś bliski. Bo swoje zachowania mogę przewidzieć.

Ostatnio w rozmowie ze znajomą powiedziałam, że nie ma już w moim życiu ludzi 'na całe życie'. Kiedyś byli, a przynajmniej ja chciałam by tak było. Byłam pewna, że będą przyjaciółmi, że będą blisko. Teraz cieszę się, że mam tą swoją byłą (tak, to o Tobie, A.), lubię obecność Księciunia. Ale przezornie nie powiem, że są na całe życie. O A. myślę jako o przyjacielu, ale nie powiem tego na głos. Księciunia nie potrafię i nie chcę katalogować. Mam rodzinę. I tą - mam nadzieję - mam na całe życie.
Są jeszcze osoby, które teoretycznie są, lecz gdzieś z oddali. Osoby, z którymi nić porozumienia się gdzieś obecnie zatarła. Rozumiejąc, że mają swoje życie, dopasowałam swoje do tego co stosunkowo constans.

Z drugiej strony miewam dni, kiedy myślę, że przydałby mi się KTOŚ. Że przydałoby się wypełnić te mieszkanie czyjąś obecnością. Że jednak nie radzę sobie sama. Że tęsknię do bliskości, czułości. Że może po prostu dobrze by mi czyjaś bliższa obecność zrobiła. Ale zaraz potem dochodzę do wniosku, że ja sobie nie wyobrażam nikogo w moim życiu. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto po nocy nie wyjdzie najpóźniej po śniadaniu. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto zajmie moją przestrzeń, kto zajmie moje półki i szuflady. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś miał mnie teraz ograniczać i dyscyplinować. Żebym miała się teraz do kogoś dopasowywać i układać. W mojej głowie istnieje myśl, że nie po to dano mi wolność i przestrzeń, żebym nie wykorzystała tego na jak najlepsze poznanie siebie.

A zaraz potem przychodzi taki dzień jak dziś. Dziś minęłaby dziesiąta rocznica. Drugi rok, kiedy nie mam dobrych wspomnień z tym dniem. Noszę więc nostalgię ze smutkiem.
I sama nie wiem co o tym myśleć. Bo nie tęsknię. Nie myślę. Cieszę się, że tej niestabilności już nie ma, że nie muszę znajdować w sobie siły na (i za) dwie osoby. Odbieram to doświadczenie jako swoistą porażkę. Choć nie żałuję. Raczej jest to klarowność, że 'wyobrażenia o' i 'życie z' to nie jest to samo. Jasność, że nigdy nie dam rady chcieć, działać za dwie osoby. Jest też to moja własna porażka - bo w pewnym momencie się poddałam, nie czyniąc kroku. A kiedy spróbowałam go zrobić, dałam się omamić i zafundowałam sobie agonię. A przecież ja chciałam tylko kochać i być kochaną.
I na koniec tego dnia myślę, że to po prostu sentyment. A to oznacza, że się starzeję.