środa, 30 maja 2012

...

Spakowałam dziś ciężkie torby i worki reszty Jej ubrań, które okazały się większością. Żeby nie rozwalić się na kawałeczki, wywołałam sztucznie dobry nastrój. I tak pląsając niczym Liza Minnelli w cylindrze i z laseczką między jednym workiem a drugim, rozbawiałam Księciunia. Wiedziałam, że muszę wytrzymać spotkanie twarzą w twarz. Pół dnia więc nuciłam co bardziej optymistyczne piosenki, tańcząc i wygłupiając się przy tym. Ktoś z boku mógłby powiedzieć, że mam się świetnie. Właściwie to nawet miałam. Nastrój wszak był prawdziwy, mimo znacznej manipulacji. W świadomości jednak tkwiło, że odpokutuję tę 'głupawkę'.

Spotkanie zniosłam dzielnie. Zresztą odbyło się tak błyskawicznie, że nie zdążyłam o coś zapytać. Czyżbyśmy obie nauczone poprzednim doświadczeniem postanowiły minimalizować straty? Potem nawet w wieczornej wiadomości przeczytałam, że dobrze wyglądałam. Nie byłabym sobą, gdybym ironicznie nie dopowiedziała w myśli, że wiem, że przytyłam.
W każdym razie jakoś smutno mi teraz. Pusto też. Szafa przestała być pełna po brzegi. Powinnam poczuć powiew świeżości, a czuję tęsknotę za zapachem z dawnych lat. Ciągle liczę, że to minie.

Zostało jeszcze tylko parę książek, papiery i rzeczy osobiste. Nauczona nowym doświadczeniem wiem, że powtórzę własnoręczne pakowanie, obowiązkowo w towarzystwie. Nie będę miała czasu się roztkliwiać.

Minął rok. To już był czas.

piątek, 18 maja 2012

Matka Boska Bulimiczna mode on

Nażarłam się wczoraj minionych emocji. Rzygałam nimi rzewnymi łzami aż świtało. Dziś mi się nimi odbija.

Nie da się jednak nie żałować. Cholera, no nie da! Niezależnie od tego, jak bardzo chcę w to wierzyć. Żałuję siebie sprzed dwóch lat. Żałuję, bo tej mnie już nie ma i może się zdarzyć, że nigdy nie będzie. Żałuję, bo to był najpiękniejszy czas po długich latach rozczarowań i stagnacji. Żałuję każdej emocji, uśmiechu.

Żałuję, bo może gdybym wtedy postąpiła inaczej, TERAZ byłoby inne. I to głupie. Bo zwykle nie gdybam. I głupie jest to, że nagle zaczęłam myśleć, że to wszystko jest moją winą.


środa, 16 maja 2012

Parafrazując: We were young


Tytułem wstępu:
Za pół roku osiągnę magiczną liczbę lat - trzydzieści. I choć osobiście czuję się staro, a przynajmniej znacznie poważniej niż to co mam w metryce, to wydaje mi się, że trzydziestka to dobry wiek. Ma się już pewną dojrzałość, mądrość życiową, a jednocześnie wciąż się ma przed sobą życie. Nie zaryzykuję stwierdzenia, że to najlepszy czas, ale myślę, że trzydziestki, to najlepsze lata po tych dziecięcych/ nastoletnich.

Część właściwa:
Przewiduję siebie tak dobrze, że chyba zatrudnię się jako meteorolog.
Zgodnie z przewidywaniami mój nastrój upadł i roztrzaskał się o posadzkę. Zaczęło się w południe. M. Wbita szpilka. Potok łez, kilka minut głupich myśli. Po chwili jednak doszłam do siebie. Pomyślałam nawet, że zaczynam się hartować. Tak krótko to wszystko trwało.
Jednak chwilę temu w ramach dostarczenia sobie rozrywki, poszłam poczytać ogłoszenia parafialne z cyklu 'ona szuka jej'. Zawsze na samo wspomnienie unoszą mi się kąciki ust w słodkiej ironii. Rozumiem samotność, rozumiem potrzebę kogoś u swego boku. Nie rozumiem desperacji i szukania na siłę. No i na głupotę mam alergię. Z tych ogłoszeń wydzierają kobiety, które nigdy w życiu mnie nie zainteresują.
Przeglądam te ogłoszenia, uśmiecham się i co lepsze fragmenty cytuję J. W pewnym momencie uderza mnie, że średnia wieku kształtuje się na poziomie 18-22. Z nielicznymi wypadkowymi poza tę normę. Potem są te 45+, które co jakiś czas próbują ze szczęściem grać w ruletkę.
Zaczynam się zastanawiać: po pierwsze gdzie są te kobiety w moim wieku? Po drugie, co ważniejsze, gdzie są te kobiety w moim wieku, które są normalne? Lub przynajmniej nie te głupie jak but. I dochodzi do mnie, że wszystkie normalne, inteligentne, ciepłe jakie znam, są już dawno w związkach.

J.: to są realia
ja: znaczy, że czas na ułożenie sobie życia już był?
J.: uhm

I nagle poczułam się bardzo, bardzo stara. Jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze jak z balonika. Jakby życie mi uciekło, jakby już nigdy nic więcej mnie czekało. Jakby miał nie być pisany ani jeden uśmiech, ani jedno drgnięcie serca. A przecież ja od dziecka wiem, że potrzebuję rodziny. Może nie tej tradycyjnej, ale kogoś przy kim będę mogła się budzić. Wiem też, że nie potrafię być sama. I jak kiedyś tylko to przypuszczałam, tak teraz wiem na pewno.
Widzę więc dwie drogi dla siebie:
1) Pójdę do zakonu. Tak, moja mam już to przerabiała gdy miałam 8lat. 
2) Skończę najprawdopodobniej nieszczęśliwa za to z łatwiejszym życiem u boku mężczyzny.


I jakbym nie była stara do tej pory, zrobiłam się tak stara, że mogę umrzeć już teraz. Ze starości. 

Znalezione w roboczych

Amputacje

Moi przyjaciele oblewają test, którego nie robiłam. W związku z czym przestają być przyjaciółmi. I nie chcę słyszeć, że miarą dojrzałości jest nie oczekiwać. Przyjaciół ma się po to, by właśnie móc oczekiwać, że będą wtedy, gdy są najbardziej potrzebni. Po prostu będą... Bo czy jeśli ktoś przestaje się odzywać po informacji 'nie chce mi się żyć', która nie jest żartem, to zasługuje na miano bliskiej osoby? Więc jeśli teraz ktoś zawodzi to znaczy, że nie dorósł do tej relacji. Właściwie mogłabym wysnuć inny wniosek - że prawda nie popłaca. Tylko po co? To buduje żal. A ja żałować nie chcę. Odcinam więc bez znieczulenia kolejne kończyny. Wiem, że ból fantomowy kiedyś minie.

I choć o tym nie myślę, to podświadomie czekam. Czekam, aż runie ostatnia ostoja.

wtorek, 8 maja 2012

Przyśniło się


Miałam dziś dziwny sen. Śniło mi się, że COŚ w swoim życiu zrobiłam. Coś z czego byłam bardzo dumna, i co dostarczało potężną dawkę emocji. To coś co silnie motywowało do dalszego działania. Rozpierała mnie energia, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Ludzie przysyłali mi listy gratulacyjne, które nie mogły mnie nie bawić, bo przecież w moim odczuciu 'to nic takiego'. Przynajmniej nic na skalę rozgłosu jaki to przyniosło. Dla mnie jednak to było coś - bo w końcu byłam zadowolona z mojego życia.

Przyśniło mi się dokładnie to, czego potrzebuję.
Pozostaje mi więc przyśnić czym to COŚ jest.

poniedziałek, 7 maja 2012

...


Odkąd wzięłam się za rozliczanie PITu (po raz pierwszy na ostatnią minutę) zastanawiam się co się ze mną stało. Gdzie się podziała ta poukładana kobieta, która z zamkniętymi oczyma mogła wskazać każdy potrzebny papierek? 
Zgubiłam PIT 11, którego szukałam cały dzień. I zgubiłam całkiem PIT z zeszłego roku (zarówno 11 jak i 37 - a co tam, jak szaleć to szaleć), na podstawie którego mogłam się rozliczyć internetowo.To nic, że przetrząsnęłam już cały dom. PITów jak nie było, tak nie ma. Podejrzewam, że choć większość papierów M. nadal jest u mnie, te moje są dziwnym trafem u niej. Może gdybym nie rozliczała się na za pięć dwunasta zdążyłabym ustalić ich położenie. Ale skoro rozliczenie wysłałam pocztą, to machnęłam już na to ręką.

Przez lata walczyłam ze swoją dupowatością. Z nieśmiałością, nieumiejętnością upominania się o swoje, czy odezwania się, gdy chodziło o obronę swojego imienia. A gdy się tego nauczyłam nagle zmasowany atak wszelkich zdarzeń odebrał mi całą pewność siebie. Do tego stopnia, że całkiem straciłam głowę.
Nie wiem, gdzie jest ta silna dziewczyna, która zawsze siedziała mi na ramieniu i mówiła 'nie poddawaj się! dasz radę!'...