środa, 30 maja 2012

...

Spakowałam dziś ciężkie torby i worki reszty Jej ubrań, które okazały się większością. Żeby nie rozwalić się na kawałeczki, wywołałam sztucznie dobry nastrój. I tak pląsając niczym Liza Minnelli w cylindrze i z laseczką między jednym workiem a drugim, rozbawiałam Księciunia. Wiedziałam, że muszę wytrzymać spotkanie twarzą w twarz. Pół dnia więc nuciłam co bardziej optymistyczne piosenki, tańcząc i wygłupiając się przy tym. Ktoś z boku mógłby powiedzieć, że mam się świetnie. Właściwie to nawet miałam. Nastrój wszak był prawdziwy, mimo znacznej manipulacji. W świadomości jednak tkwiło, że odpokutuję tę 'głupawkę'.

Spotkanie zniosłam dzielnie. Zresztą odbyło się tak błyskawicznie, że nie zdążyłam o coś zapytać. Czyżbyśmy obie nauczone poprzednim doświadczeniem postanowiły minimalizować straty? Potem nawet w wieczornej wiadomości przeczytałam, że dobrze wyglądałam. Nie byłabym sobą, gdybym ironicznie nie dopowiedziała w myśli, że wiem, że przytyłam.
W każdym razie jakoś smutno mi teraz. Pusto też. Szafa przestała być pełna po brzegi. Powinnam poczuć powiew świeżości, a czuję tęsknotę za zapachem z dawnych lat. Ciągle liczę, że to minie.

Zostało jeszcze tylko parę książek, papiery i rzeczy osobiste. Nauczona nowym doświadczeniem wiem, że powtórzę własnoręczne pakowanie, obowiązkowo w towarzystwie. Nie będę miała czasu się roztkliwiać.

Minął rok. To już był czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz