wtorek, 31 maja 2011

Judge me, feel free

Dostałam silne, dwie pary ramion. Ramion, które były mi tak potrzebne, żeby móc oprzeć głowę i pozwolić sobie na kilka łez. Dostałam je na dwa dni. A płakać potrafię tylko w półmroku własnego mieszkania. Gdy wiem, że nikt na mnie nie patrzy. Gdy nie widzi idiotki, którą zostałam. Gdy sama się nie widzę. Przerażające.

środa, 25 maja 2011

...

Kiedy chcesz coś zakończyć, a ktoś przekonuje Cię, że trzeba dać temu szansę, to rok później boleśnie doświadczasz, jak bardzo ten rok da Ci po tyłku. I jak piękne podsumowanie tego zakończenia nastąpi.

poniedziałek, 23 maja 2011

Licząc do trzech?

Noc - ciepła i rozświetlona latarniami, które jak na złość gasły gdy przechodziłam. Przyśpieszony krok. Śpieszne tętno. Szybki, płytki oddech i szum w uszach. Podwyższona adrenalina. W głowie kolejne scenariusze i panika gdy zaczepiono mnie pytaniem o drogę.
Wiedziałam, że nocny spacer powrotny skończy się wystąpieniem potu i drobnej arytmii. A mimo to, nieco z premedytacją, się go podjęłam.

Kuszenie czy idiotyzm?

poniedziałek, 16 maja 2011

Adoracja

man: God?

God: Yes

man: can i ask you something ?

God: Of course!

man: what is for you a million year ?

God: A second

man: and a million dollars?

God: A penny

man: God, Can you give me a penny?

God: Wait a second.


Często czuję się jak ten God. Czas płynie tempem ekspresowym, a wszystko co dostaję od losu jest mikroczęścią materii, emocji. Po 'matkoteresoboskości' w końcu dojdę do wniosku, że jednak powinnam zostać świętą. Za życia.

wtorek, 3 maja 2011

O muzyce słów kilka

Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy muzyka zaczęła odgrywać istotną funkcję w moim życiu. Nie pamiętam. Wiem, że już jako podlotek kładłam się do łóżka i przy zgaszonym świetle, do późna, póki nie zasnęłam, słuchałam ciekawych, nocnych audycji radiowych. Zwykle po trzeciej, czasem w okolicach czwartej przebudzałam się, tylko po to, by wyłączyć radio przed wstającym wcześnie rano tatą. Nie pamiętam, ponieważ w domu muzyka była traktowana nieco po macoszemu. Jako dodatek do zabawy, względnie jako wypełniacz ciszy.
Wprawdzie tata jest człowiekiem, który niewątpliwie pewną wiedzę muzyczną posiada (pewną, ponieważ wyspecjalizował się głównie w segmencie muzyki rockowej lat '60, '70, '80), niestety, owej wiedzy nie przekazał mi za grosz. Myślę, że to trochę zasługa mojej mam, a po części i moja. Ale nic nikomu nie zarzucając, dźwięki w naszym domu były stale, jednak była to muzyka popularna, puszczana w komercyjnych stacjach muzycznych. Żeby nie było, jako dziecko pokolenia MTV, psów wieszać na komercyjnych wykonawcach nie będę. Ba, doceniam i sama słucham.

Dzięki temu, że lekcje z gatunków muzycznych odrabiałam sama, żartuję nieraz, że jestem muzycznym nomadem. Chciałabym wierzyć, że to mój pęd do wiedzy i poznania popchnął mnie w kierunku tych wycieczek po dźwiękach. A ponieważ nie pamiętam, by ktokolwiek przyłożył jakkolwiek rękę do takowych inspiracji, wierzę niezłomnie. Innym żartem, jest ten, że odbieram muzykę wszystkimi zmysłami a nawet skórą. Każdy utwór opiszę smakiem, zapachem, obrazem, wyobrażeniem o towarzyszącym dotyku. Każdemu przypiszę porę dnia i roku.. Niezłomnie więc też wierzę, że w każdym gatunku muzycznym znajdę coś co mnie poruszy, coś, co mnie zainspiruje do dalszych poszukiwań. Mam swoje okresy słuchania tylko określonego gatunku, wykonawcy, jednej piosenki w miliardzie wykonań, czy choćby muzyki w określonym języku. Mam też okresy, gdy słucham utworów tylko z określonym tekstem i ładunkiem emocjonalnym. To tyle tytułem przydługiego wstępu. Część właściwą chciałam właśnie emocjom poświęcić.

Każdy z nas ma takie piosenki, które po pierwszych taktach sprawiają, że uśmiech wyraźnie niknie, a oczy zaczynają się 'pocić'. A jeśli nie każdy, to ja z pewnością takie mam.
Moją niekwestionowaną królową jest 'Piosenka księżycowa' Varius Manx. Wystarczy pierwszy takt, bym rozpłakała się jak baba z PMSem, w głębokim pokwitaniu, tudzież ciąży. Nie słyszałam wprawdzie o wpływie muzyki na hormony, ale reakcję tę tłumaczę jedynie tym, że wpływ musi być. I to wyraźny. Oczywiście, jak to baba z PMSem, jak raz wpadnie w czarną dziurę, tak ciężko jej się z niej wygrzebać. Tak samo u mnie problematyczne okazuje się zmienienie kalibru emocjonalnego płynących dźwięków. Podobny wpływ ma na mnie Tracy Chapman. Różnica między Tracy a Variusem jest taka, że do Tracy potrzebuję określonego stanu wewnętrznego własnego. Przy Variusie mogę mieć i najlepszy humor by natychmiast posmutnieć.
Świadomie na katharsis i masochistyczne morze łez czasem się skazuję (dobrze mi to robi na oczy), lecz bynajmniej na takie oczyszczenie nie miałam ochoty dzisiejszego wieczoru. Wiadomo jednak, że przypadki rządzą się swoimi prawami. I tak oto, pod wpływem głupiego i nieuważnego klikania na youtube w linki powiązane, na 7 godzin zawiesiłam się na twórczości jednej Pani. Napiszę od razu, że przesłuchałam zawartą na serwisie dyskografię, wracając co chwilę do dwóch utworów. I przyznaję, godnie depczą po piętach Variusowi. Niezwykłego odkrycia dokonałam rok temu, kiedy to jeden z nich rozładował napięcie na tyle, że mogłam zacząć oddychać. A potem, kiedy niewiele później, drugi z kolei, spowodował napięcie, które ponownie utrudniło oddychanie. Toteż, co z jeszcze większym zdziwieniem odkryłam, osoby z nerwicą objawiającą się hiperwentylacją (i najprawdopodobniej z nadmierną wrażliwością) powinny uważniej dobierać repertuar.

I tak właściwie napisałam to wszystko tylko po to, żeby się z Wami podzielić odkrytą miłością życia. Polecam zamknięcie oczu. Słuchawki obowiązkowe. Najlepiej smakują słuchane nocą, ale jeśli ktoś nie chce czekać, zamknięte oczy powinny wystarczyć. Oba utwory w wersji live. Bo te zwykle najpiękniej poruszają duszę. No i przyznaję - mam słabość do smyczków.

Sia 'Don't bring me down' (najpiękniejsze wykonanie, jakie dane było mi usłyszeć):



I Sia 'Breathe me' (kiedyś znalazłam ciekawszą wersję, ale jak wiadomo, 'na mocy praw autorskich, w twoim kraju...'):