Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy muzyka zaczęła odgrywać istotną funkcję w moim życiu. Nie pamiętam. Wiem, że już jako podlotek kładłam się do łóżka i przy zgaszonym świetle, do późna, póki nie zasnęłam, słuchałam ciekawych, nocnych audycji radiowych. Zwykle po trzeciej, czasem w okolicach czwartej przebudzałam się, tylko po to, by wyłączyć radio przed wstającym wcześnie rano tatą. Nie pamiętam, ponieważ w domu muzyka była traktowana nieco po macoszemu. Jako dodatek do zabawy, względnie jako wypełniacz ciszy.
Wprawdzie tata jest człowiekiem, który niewątpliwie pewną wiedzę muzyczną posiada (pewną, ponieważ wyspecjalizował się głównie w segmencie muzyki rockowej lat '60, '70, '80), niestety, owej wiedzy nie przekazał mi za grosz. Myślę, że to trochę zasługa mojej mam, a po części i moja. Ale nic nikomu nie zarzucając, dźwięki w naszym domu były stale, jednak była to muzyka popularna, puszczana w komercyjnych stacjach muzycznych. Żeby nie było, jako dziecko pokolenia MTV, psów wieszać na komercyjnych wykonawcach nie będę. Ba, doceniam i sama słucham.
Dzięki temu, że lekcje z gatunków muzycznych odrabiałam sama, żartuję nieraz, że jestem muzycznym nomadem. Chciałabym wierzyć, że to mój pęd do wiedzy i poznania popchnął mnie w kierunku tych wycieczek po dźwiękach. A ponieważ nie pamiętam, by ktokolwiek przyłożył jakkolwiek rękę do takowych inspiracji, wierzę niezłomnie. Innym żartem, jest ten, że odbieram muzykę wszystkimi zmysłami a nawet skórą. Każdy utwór opiszę smakiem, zapachem, obrazem, wyobrażeniem o towarzyszącym dotyku. Każdemu przypiszę porę dnia i roku.. Niezłomnie więc też wierzę, że w każdym gatunku muzycznym znajdę coś co mnie poruszy, coś, co mnie zainspiruje do dalszych poszukiwań. Mam swoje okresy słuchania tylko określonego gatunku, wykonawcy, jednej piosenki w miliardzie wykonań, czy choćby muzyki w określonym języku. Mam też okresy, gdy słucham utworów tylko z określonym tekstem i ładunkiem emocjonalnym. To tyle tytułem przydługiego wstępu. Część właściwą chciałam właśnie emocjom poświęcić.
Każdy z nas ma takie piosenki, które po pierwszych taktach sprawiają, że uśmiech wyraźnie niknie, a oczy zaczynają się 'pocić'. A jeśli nie każdy, to ja z pewnością takie mam.
Moją niekwestionowaną królową jest 'Piosenka księżycowa' Varius Manx. Wystarczy pierwszy takt, bym rozpłakała się jak baba z PMSem, w głębokim pokwitaniu, tudzież ciąży. Nie słyszałam wprawdzie o wpływie muzyki na hormony, ale reakcję tę tłumaczę jedynie tym, że wpływ musi być. I to wyraźny. Oczywiście, jak to baba z PMSem, jak raz wpadnie w czarną dziurę, tak ciężko jej się z niej wygrzebać. Tak samo u mnie problematyczne okazuje się zmienienie kalibru emocjonalnego płynących dźwięków. Podobny wpływ ma na mnie Tracy Chapman. Różnica między Tracy a Variusem jest taka, że do Tracy potrzebuję określonego stanu wewnętrznego własnego. Przy Variusie mogę mieć i najlepszy humor by natychmiast posmutnieć.
Świadomie na katharsis i masochistyczne morze łez czasem się skazuję (dobrze mi to robi na oczy), lecz bynajmniej na takie oczyszczenie nie miałam ochoty dzisiejszego wieczoru. Wiadomo jednak, że przypadki rządzą się swoimi prawami. I tak oto, pod wpływem głupiego i nieuważnego klikania na youtube w linki powiązane, na 7 godzin zawiesiłam się na twórczości jednej Pani. Napiszę od razu, że przesłuchałam zawartą na serwisie dyskografię, wracając co chwilę do dwóch utworów. I przyznaję, godnie depczą po piętach Variusowi. Niezwykłego odkrycia dokonałam rok temu, kiedy to jeden z nich rozładował napięcie na tyle, że mogłam zacząć oddychać. A potem, kiedy niewiele później, drugi z kolei, spowodował napięcie, które ponownie utrudniło oddychanie. Toteż, co z jeszcze większym zdziwieniem odkryłam, osoby z nerwicą objawiającą się hiperwentylacją (i najprawdopodobniej z nadmierną wrażliwością) powinny uważniej dobierać repertuar.
I tak właściwie napisałam to wszystko tylko po to, żeby się z Wami podzielić odkrytą miłością życia. Polecam zamknięcie oczu. Słuchawki obowiązkowe. Najlepiej smakują słuchane nocą, ale jeśli ktoś nie chce czekać, zamknięte oczy powinny wystarczyć. Oba utwory w wersji live. Bo te zwykle najpiękniej poruszają duszę. No i przyznaję - mam słabość do smyczków.
Sia 'Don't bring me down' (najpiękniejsze wykonanie, jakie dane było mi usłyszeć):
I Sia 'Breathe me' (kiedyś znalazłam ciekawszą wersję, ale jak wiadomo, 'na mocy praw autorskich, w twoim kraju...'):
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz