wtorek, 28 lutego 2012

Jesteś lekiem na całe zło - tylko wciąż nie ma Cię

Jestem wkurwiona. Tak zwyczajnie, po ludzku. Na służbę zdrowia. Co właściwie samo w sobie wielu już wystarcza za wyjaśnienia.
A żeby skonkretyzować: jestem wkurzona, bo lekarka źle przepisała mi receptę. I tak, jestem zła na nią. Mimo, że zupełnie rozumiem, że przecież mogła się pomylić. Ot, dwoistość. Jestem wkurzona, bo z powodu jednej przekręconej litery, farmaceutka poinformowała mnie, że mogę zapłacić 100% lub pójść do lekarki, żeby zmieniła receptę. Dodając, że najlepiej do czwartku, bo zmienia się znów lista leków refundowanych. I jestem wkurwiona, bo moja lekarka przyjmuje tylko w poniedziałki! Muszę nadmieniać, że leki mam do czwartku?

A od dwóch dni zastanawiam się, czy nie pieprznąć w kąt tych leków. Bo jakoś nie czuję się szczęśliwsza. I może czas się pogodzić, że taka jestem i nic na świecie tego nie zmieni. Bo choć podaję, że z depresją borykam się od dziesięciu lat, to nie pamiętam, by kiedykolwiek było inaczej. I z pewnością będąc jeszcze młodocianą nastolatką cierpiałam na ten sam smutek, tę samą melancholię.

Może to jest właśnie sygnał, że mogę odpuścić farmakologię? Bo efekty w postaci nie wkurwiania się w takim stopniu w jakim potrafię, to dla mnie za mało. A cała moja hiperaktywność kończy się dołem dnia następnego.
A - gdyby ktoś chciał mi przypomnieć - efektu nie spadającego sufitu na głowę nie mam od dawna. Za to zyskałam myśli o śmierci. Bilans wciąż wychodzi minusowy.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Powinnam wiedzieć

że ten wieczór tak się skończy.
Pierwszym sygnałem były niekontrolowane łzy podczas jakiegoś kawałka. Teraz nawet nie pamiętam co to było, ale nic, co działa na mnie jakoś szczególnie nastrojowo. Wiem, że za tym nie przepadam. Wykonanie też nie było porywające - z tego co pamiętam. Po prostu nagle z oczu popłynęły mi łzy. Chwile trwało zanim zdołałam powstrzymać te strumyki płynące policzkami. W sam raz na powrót S.

Drugim był szaleńczy humor. Wygłupy, idiotyzmy wręcz innych, doprowadzały co rusz do gromkiego śmiechu. Wręczanie 'oscarów' zakończone 'pokazem mody' - któż by nie chciał tego przeżyć jednej nocy?! Tak, było fantastycznie, za co dziękuję.
Ale proszę już przy mnie więcej takich numerów nie odstawiać. Nie mogę kończyć w pustych czterech ścianach z kotem, który mnie wkurwia. Nie mogę kończyć z oczami pełnymi łez, których ani nie muszę, ani nie potrafię zahamować. Ani z wyciem przez zęby i kołysaniem się jak dziecko z domu dziecka, które samo siebie próbuje przytulić.

Nie mogę też kończyć z myślą 'a może to dobry czas na koniec?'. Bo co jeśli któregoś dnia na samej tej myśli się nie skończy?


___________________
Mam dość. Poważnie.
Nie potrafię tak żyć.

wtorek, 21 lutego 2012

...

Codziennie zamykam głowę w kolejnym wiadrze pełnym wody, kolejnym umytym oknie. Moje dłonie nie pozostają mi dłużne, mimo najstaranniejszej pielęgnacji. Ale przecież już i tak świadoma jestem, że żadnego wrażenia nie zrobię. Zaczynam więc powoli odpuszczać. Pielęgnacji oczywiście. Tak jak i martwienie się tym co i kiedy jem. Bo moja waga właśnie pokazuje magiczną liczbę, z którą zmagałam się długie lata.
A kiedy próbuję sobie odpuścić kolejny szał kompulsywnego sprzątania - bo czasem włącza mi się myśl, że przecież tak być nie może, bo to nie jest normalne - dostaję niesamowitej hiperaktywności. Nie potrafię wysiedzieć w domu ale przynajmniej następnego dnia też mam wolne od szmaty. Bo mam ból głowy, który pewnie można porównać do kaca, którego ani nigdy nie miałam, ani tym bardziej teraz mieć nie mogę. A oprócz tego zręcznie lawirując przed niechybnym dołem, które zwykle dopada po takich hiper akcjach, przesypiam większą część dnia. Resztę otumaniam kolejnymi filmami.

Czuję się ograniczona. Przez samą siebie. Nie potrafię wytyczyć sobie drogi życiowej. Nie potrafię postawić sobie celów. Nie wspominając już o marzeniach, których bardzo skutecznie pozbyłam się lata temu. Brak mi wiary w siebie, brak wiary w własne umiejętności.
Jeśli się za coś zabieram, to tylko z powodu poczucia, że powinnam. Czasem jeszcze z naiwnej nadziei, że to pomoże. Nie pomaga. Raczej doprowadza do rozstroju nerwowego. W uszach dudnią mi bezdźwięczne słowa 'cholera! czy kiedyś będzie lepiej?!'. Ale jak na złość lepiej nie chce być wcale. Pytań jest więc coraz mniej.

W głośnikach jedynie niezmiennie muzyka. Przepraszam, okresowo w jednym głośniku. Bo przecież ja sama nie całkiem sprawna to za mało. Zaczynają więc psuć się wszelakie sprzęty domowe.
Niech mnie pochłonie czarna dziura.

środa, 8 lutego 2012

Miałam

przypływ dobrego nastroju. Wymyśliłam więc spotkanie, które przewrotnie nazwałam randką. Miałam o siebie zadbać. Nawilżyć się maseczkami, pomalować paznokcie na intensywny kolor. Na zapomniane nieco włosy, nałożyć trochę farby dla pokrycia odrostów i nadania blasku. Miałam. Poczułam, że mam ochotę zaszyć się pod własną kołdrą, we własnej sypialni. Nie zrobiłam nic.
Dziś więc naprędce pokryłam paznokcie emalią przeznaczoną na szybkie akcje reanimacyjne, włosy spięłam w kok - niedoskonałości mniej widać.
Przejrzałam się jednak w lustrze. Może paznokcie i włosy się jakoś bronią - cała reszta już nie. Twarz nabrzmiała od cukrów, oklepana kremami, podkładami, korektorami i różami. Wszystko po to, by wydawała się zdrowsza, bardziej promienna - ładniejsza. Ale przecież nie ukryję bólu i smutku wielu lat, które teraz ze zdwojoną siłą czają się w oczach. Mimo najpracowitszego makijażu i najlepiej dobranych ciuchów nie będę wyglądać jak kilka miesięcy wstecz. Każdy dodatkowy kilogram jest widoczny gołym okiem. Na twarzy zamiast radości widać cynizm i zmęczenie. Na barkach mam głaz, który garbi mi plecy - nie pozostało nic po sprężystej, pewnej siebie sylwetce.

Wymyśliłam spotkanie, które mam teraz ochotę odwołać. Nie zrobię ani grama dobrego wrażenia. A w sumie to jedyne na czym może mi zależeć po miesiącach 'niewidzenia'. I zastanawiam się: po co mi spotkanie z kimś, kto nie budzi żadnych emocji? I po co mi dbanie o robienie wrażenia na kimś, kto pewnie nigdy nie zagości w życiu nawet na parę chwil?

Pytanie, które frasuje mnie od dłuższego czasu, nie daje spokoju: czy ktokolwiek jeszcze rozbudzi emocje?

środa, 1 lutego 2012

Judge me, feel free vol II

Moja była dziewczyna słysząc pytanie 'kiedy się wyprowadzisz?' słyszała 'wypierdalajnatentychmiast'. A także co gorsze, z łatwością uwierzyła, że byłam z nią z powodów finansowych i 'rżnęłam ją na kasę'.
Moi 'przyjaciele' wyszli z założenia, że z moją pracą jest coś bardzo nie tak i to z mojej winy bo nagle przestałam do niej chodzić, nagle przestałam odbierać telefony, i odmówiłam wszelkiego kontaktu z owym miejscem, i zupełnie nagle wymyśliłam psychiatrę.

Czuję się jak we śnie. Ciężkim, mrocznym, duszącym. Takim, w którym na początku dostaje się obuchem w głowę, a potem jest coraz gorzej. Jestem oszołomiona i kręci mi się w głowie. Nie dowierzam. Zastanawiam się, gdzie są ludzie, których wydawało mi się, że znam i o których myślałam, że znają mnie. I zastanawia mnie, dlaczego ciągle czuje potrzebę zaprzeczeniu wszystkim świńskim pomówieniom, dlaczego czuję potrzebę wyjaśnienia?

Z wczorajszej więc rozmowy zainspirowanej powyższymi:

'Na litość boską, co cię interesuje co inni o tobie myślą?!' Widzę siebie oczami innych. Jestem jak pies, którego możesz skopać jeśli tylko mnie lubisz, jeśli tylko mnie kochasz. Jeśli tylko będę ci potrzebna.

'Zachowujesz się czasem, jakbyś czekała, że ona zmądrzeje i wróci do Ciebie' ... Podświadomie, nie chcąc się do tego przyznać, tak właśnie jest. W moim przypadku mieć po co żyć, to mieć dla kogo żyć.

'Dlaczego swojej terapii nie potraktujesz jako źródła swojej siły?!' Bo wstydzę się, że się na niej znalazłam. Nie dlatego, że uważam terapię za coś złego, tylko dlatego, że sama nie dałam rady. Wstydzę się swojej słabości...

Osłabiłam S. Siebie osłabiam od lat.