przypływ dobrego nastroju. Wymyśliłam więc spotkanie, które przewrotnie nazwałam randką. Miałam o siebie zadbać. Nawilżyć się maseczkami, pomalować paznokcie na intensywny kolor. Na zapomniane nieco włosy, nałożyć trochę farby dla pokrycia odrostów i nadania blasku. Miałam. Poczułam, że mam ochotę zaszyć się pod własną kołdrą, we własnej sypialni. Nie zrobiłam nic.
Dziś więc naprędce pokryłam paznokcie emalią przeznaczoną na szybkie akcje reanimacyjne, włosy spięłam w kok - niedoskonałości mniej widać.
Przejrzałam się jednak w lustrze. Może paznokcie i włosy się jakoś bronią - cała reszta już nie. Twarz nabrzmiała od cukrów, oklepana kremami, podkładami, korektorami i różami. Wszystko po to, by wydawała się zdrowsza, bardziej promienna - ładniejsza. Ale przecież nie ukryję bólu i smutku wielu lat, które teraz ze zdwojoną siłą czają się w oczach. Mimo najpracowitszego makijażu i najlepiej dobranych ciuchów nie będę wyglądać jak kilka miesięcy wstecz. Każdy dodatkowy kilogram jest widoczny gołym okiem. Na twarzy zamiast radości widać cynizm i zmęczenie. Na barkach mam głaz, który garbi mi plecy - nie pozostało nic po sprężystej, pewnej siebie sylwetce.
Wymyśliłam spotkanie, które mam teraz ochotę odwołać. Nie zrobię ani grama dobrego wrażenia. A w sumie to jedyne na czym może mi zależeć po miesiącach 'niewidzenia'. I zastanawiam się: po co mi spotkanie z kimś, kto nie budzi żadnych emocji? I po co mi dbanie o robienie wrażenia na kimś, kto pewnie nigdy nie zagości w życiu nawet na parę chwil?
Pytanie, które frasuje mnie od dłuższego czasu, nie daje spokoju: czy ktokolwiek jeszcze rozbudzi emocje?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz