Codziennie zamykam głowę w kolejnym wiadrze pełnym wody, kolejnym umytym oknie. Moje dłonie nie pozostają mi dłużne, mimo najstaranniejszej pielęgnacji. Ale przecież już i tak świadoma jestem, że żadnego wrażenia nie zrobię. Zaczynam więc powoli odpuszczać. Pielęgnacji oczywiście. Tak jak i martwienie się tym co i kiedy jem. Bo moja waga właśnie pokazuje magiczną liczbę, z którą zmagałam się długie lata.
A kiedy próbuję sobie odpuścić kolejny szał kompulsywnego sprzątania - bo czasem włącza mi się myśl, że przecież tak być nie może, bo to nie jest normalne - dostaję niesamowitej hiperaktywności. Nie potrafię wysiedzieć w domu ale przynajmniej następnego dnia też mam wolne od szmaty. Bo mam ból głowy, który pewnie można porównać do kaca, którego ani nigdy nie miałam, ani tym bardziej teraz mieć nie mogę. A oprócz tego zręcznie lawirując przed niechybnym dołem, które zwykle dopada po takich hiper akcjach, przesypiam większą część dnia. Resztę otumaniam kolejnymi filmami.
Czuję się ograniczona. Przez samą siebie. Nie potrafię wytyczyć sobie drogi życiowej. Nie potrafię postawić sobie celów. Nie wspominając już o marzeniach, których bardzo skutecznie pozbyłam się lata temu. Brak mi wiary w siebie, brak wiary w własne umiejętności.
Jeśli się za coś zabieram, to tylko z powodu poczucia, że powinnam. Czasem jeszcze z naiwnej nadziei, że to pomoże. Nie pomaga. Raczej doprowadza do rozstroju nerwowego. W uszach dudnią mi bezdźwięczne słowa 'cholera! czy kiedyś będzie lepiej?!'. Ale jak na złość lepiej nie chce być wcale. Pytań jest więc coraz mniej.
W głośnikach jedynie niezmiennie muzyka. Przepraszam, okresowo w jednym głośniku. Bo przecież ja sama nie całkiem sprawna to za mało. Zaczynają więc psuć się wszelakie sprzęty domowe.
Niech mnie pochłonie czarna dziura.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz