poniedziałek, 15 października 2012

Delete - czyli po drugiej stronie 'nielustra'.

Usunęłam się z relacji międzyludzkich. Trochę z obawy, że kogoś obciążę sobą nadto, trochę z obawy przed relacjami w ogóle.

Przedstawiam wszystkim wygodną wersję samej siebie. Znów gładkimi kłamstwami tłumaczę, że potrafię być ze sobą. Że pogodziłam się z samotnością. Kłamię tak sprawnie, że czasami sama w to wierzę. A tak naprawdę pogodziłam się z tym, że historia jest zmienna, że los toczy się we własnym, nieprzewidywalnym kierunku. Pogodziłam się, że nie ma u mego boku M. i z tego jednego jestem nawet bardziej niż zadowolona. Jednakże z samotnością pogodzić się nie potrafię. Mimo, że czasem potrzebuję przestrzeni do swobodnego oddechu.

Zauważyłam, że im bardziej samotna się czuję, a zdarza mi się to coraz częściej, tym bardziej wyłączam się ze świata zewnętrznego. Tworzę sobie więc błędne koło. Zamykam się w świecie książek, czy wizji reżyserskiej oglądanego obrazu. I na ogół wyłączam myślenie. Mogłabym powiedzieć, że jest mi wtedy dobrze, ale to tylko zawieszenie. Do czasu, aż słowa, obraz, dźwięk nie doprowadzą mnie do bezdechu na kanapie.

S.: Nie jest Ci samotnie tak samej w domu?
Ja: Nie. To znaczy wiesz - mam swoje dni, ale nauczyłam się być ze sobą.
S.: I co robisz, jak nie chcesz być sama?
Ja: To nie jestem. Albo i jestem.

Nie zauważył, że spotykamy się rzadko, jak na nas bardzo rzadko. Normalnie zapytałby, z kim się zatem widuję. Widujemy się tylko, kiedy on sam zaproponuje spotkanie. Choć czasem pyta, dlaczego się nie odzywam, to nie zauważył, że relacja nam się zmieniła. I nie wie, że już nie wróci na swój pierwotny tor. Ciężko mi się już chyba przyjaźnić. Ciężko, bo nie chcę wchodzić w relacje, w których dostanę po tyłku. A już na pewno nie wejdę w relację, w której już raz po nim dostałam. Z reszty na wszelki wypadek sama się wycofuję. 

W tym moim strachu czasem boję się, że strach będzie jedynym pełnoprawnym towarzystwem mojego życia.

PS. Nienawidzę jesieni. Nienawidzę zimy. Nienawidzę zimna i braku słońca - wtedy zawsze jest mi jakoś gorzej. Trzecia z kolei zapowiada się istną tragedią.
I choć ostatnim marzeniem kilku miesięcy jest wyjazd do Norwegii i Szwecji, wiem, że za Chiny Ludowe nikt mnie tam nie wyśle na stale. Liczba samobójstw z powodu pogody jest tam za wysoka.

niedziela, 26 sierpnia 2012

As always?

Koncept na tę notkę jeszcze dwa tygodnie temu był piękny - pochwalić się świetnym samopoczuciem, energią i ogólną pogodą ducha. Tak - użyłam czasu przeszłego. Bo przecież u mnie jak zawsze - nie może być dobrze.

Przez te dwa miesiące nieobecności była chwila, kiedy było mi dobrze. Bardzo dobrze. Chwila trwała miesiąc, a dokładnie 5tygodni. Chwilą było wylewanie z siebie siódmych potów w towarzystwie niejakiego Tony'go Hortona alias Johnny Bravo.
Wstawałam wypoczęta, radosna z zapałem do działania, do życia. Zmotywowana trochę przez siebie, trochę przez A. ćwiczyłam, bo chciałam zadbać o siebie i możliwe najlepszą starość (tak tak, mam fobię - że starość zastanie mnie niedołężną, niezdolną do zajęcia się sobą, a w ogóle najpiękniej by było, jakby starość mnie nie zastała - ot ominęła moje drzwi). I choć miało być bez jakiegoś zbędnego ciśnienia to były i momenty, kiedy moje 'lepiej, szybciej, efektowniej' perfekcjonizmu musiałam hamować. Robiłam coś tylko dla siebie, co dodatkowo mnie podnosiło na duchu i napawało dumą. Że mogę, że potrafię.

Niestety przyszedł czas, kiedy straciłam siłę. Widać przyłożenie się do ćwiczeń zapominając o zbilansowanym jedzeniu, czy jedzeniu w ogóle nie wyszło mi na dobre. Wraz ze spadkiem temperatury pojawił się i spadek energii, chęci. Pojawiło się zmęczenie, którego nie potrafiłam opanować. Odstawiłam ćwiczenia na weekend  skupiając się na jedzeniu. Po weekendzie wcale nie było mi lepiej, więc przedłużyłam weekend o poniedziałek. A potem cały tydzień się posypał jak głupi i nawet nie pamiętam, czy z planu sześciu dni zrobiłam dwa czy trzy. Teraz drugi tydzień nie robię nic. I nie wiem, czy to bardziej z powodu gorszych dni odstawiłam ćwiczenia, czy gorsze dni pojawiły się w ramach braku ćwiczeń. Nie wiem.

Wiem za to, że coraz częściej mam dzień z myślami nacechowane pesymizmem. I co więcej - panicznym strachem. I ten ostatni rozwala mnie najbardziej, bo powody niektórzy nazwaliby totalnie idiotycznymi. Ja zresztą okresami też tak myślę. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że lęki i pesymizm biorą się z głębokich przemyśleń dotyczących siebie, życia i otaczających mnie ludzi. Nie są więc całkowitym wytworem widzimisię.

I licząc, że zmęczenie materiału już przeszło, chciałabym wrócić do Johnnego. Brak mi tylko wsparcia. I motywacja też ostatnio jakoś się zatraciła.

środa, 20 czerwca 2012

I love your smile

Odkryłam, że potrafię znów się uśmiechać. Takim szczerym uśmiechem, gdzieś z głębi mnie samej.


Uśmiecham się do słuchanej muzyki. Gdziekolwiek się wybieram, to zawsze towarzyszą mi słuchawki. Spaceruję więc z energetycznymi, pozytywnymi dźwiękami, które sprawiają, że najchętniej zatańczyłabym na środku ulicy. Uśmiecham się więc na samą myśl. I uśmiecham się, gdy nucąc pod nosem okazuje się, że ktoś kto mnie mija, ma minę z serii bezcennych, bo przecież ogarniam ulicę wzrokiem tylko, gdy wpadnie mi do głowy wykonać jakiś mini układ choreograficzny. I często ten uśmiech jest po prostu zwykłym, kolokwialnym bananem, który też wzbudza uśmiech. Jestem więc samonapędzającą się maszyną. 
Odkąd odkryłam, że magia słuchawek działa, nie zdarza mi się ponuro przemierzać ulic. I gdy ludzie dziwnie przyglądają mi się na ulicy, uśmiecham się jeszcze szerzej.


Choć dla mnie samej to głupie, to uśmiecham się też, gdy oglądam piłkę nożna. Głupie, bo piłka nigdy mnie nie interesowała. Byłam kobietą, dla której dwudziestu dwu chłopa biegających za jedną piłką to był wyższy poziom abstrakcji. I choć początkowo do pierwszego meczu oglądanego chcąc nie chcąc (bardziej jednak nie chcąc) podeszłam bez większego entuzjazmu, to wkrótce uświadomiłam sobie, że to ten sam poziom emocji jaki wzbudza we mnie oglądanie filmów o ludziach z pasjami, marzeniami, przezwyciężających przeciwności losu. Odkryłam też, że sprawia mi przyjemność patrzenie na doskonałą kondycję i warunki techniczne piłkarzy. I na każde drgnięcie mięśni puszczone w zwolnionym tempie. Nie byłabym sobą gdybym nie dowiedziała się zaraz co to jest spalony, dośrodkowanie i jak się dowiedzieć kto z kim będzie grał w ćwierćfinałach wg tabeli wyników.
Uśmiecham się więc czekając na ćwierćfinały, mając swoich faworytów.

Uśmiecham się z dumą gdy patrzę na mojego brata na boisku. I na widok jego tak widocznego poczucia przynależności i dumy z zdobytych punktów czy wygranej. Uśmiecham się, gdy widzę, że czuje się tam jak w drugiej rodzinie.
Uśmiecham się z czułością, gdy moja babcia, kobieta, która w mojej głowie funkcjonuje jako kobieta nieustraszona i nieustępliwa wraz z wiekiem zyskała innego wymiaru. I gdy nagle zaczyna panikować, co do niej zupełnie nie pasuje.
Uśmiecham się też na widok Niuńka bawiącego się gumką, niemal zapominając, że zapodział gdzieś mój pędzel do makijażu. I gdy udaje, że wcale nie ma go w pobliżu kwiatka, którego chce obgryźć. I gdy ryje się pod kołdrę, choć mnie na skórzanej, chłodnej kanapie jest za gorąco.
I uśmiecham się bardzo na myśl, że uporządkowuję znów swoje nawyki żywieniowe i nie czuję potrzeby zażerania czegokolwiek. I częściej uśmiecham się do miski sałaty z najlepszym vinegrette'm czy koktajlem owocowym niż do myśli o czymkolwiek innym, co do tej pory stanowiło o namiastce szczęścia. Wiem też, że uśmiechnę się, gdy uda mi się zrzucić to wszystko co zyskałam przez te pół roku.

I tak sobie myślę, że niezwykle dobrze zrobiły mi te dwa miesiące praktycznie z dala od wszelakich ludzi. Takiej przestrzeni i komfortu psychicznego bycia tylko dla siebie było mi trzeba.
Okazało się bowiem, że mam jeszcze jeden powód do uśmiechu. Nie muszę zmieniać mojego wyobrażenia o bliskich - wciąż ktoś do niego pasuje.

Sporo tych powodów do uśmiechu znalazło się w ciągu tych dwóch miesięcy, czyż nie? :)

środa, 30 maja 2012

...

Spakowałam dziś ciężkie torby i worki reszty Jej ubrań, które okazały się większością. Żeby nie rozwalić się na kawałeczki, wywołałam sztucznie dobry nastrój. I tak pląsając niczym Liza Minnelli w cylindrze i z laseczką między jednym workiem a drugim, rozbawiałam Księciunia. Wiedziałam, że muszę wytrzymać spotkanie twarzą w twarz. Pół dnia więc nuciłam co bardziej optymistyczne piosenki, tańcząc i wygłupiając się przy tym. Ktoś z boku mógłby powiedzieć, że mam się świetnie. Właściwie to nawet miałam. Nastrój wszak był prawdziwy, mimo znacznej manipulacji. W świadomości jednak tkwiło, że odpokutuję tę 'głupawkę'.

Spotkanie zniosłam dzielnie. Zresztą odbyło się tak błyskawicznie, że nie zdążyłam o coś zapytać. Czyżbyśmy obie nauczone poprzednim doświadczeniem postanowiły minimalizować straty? Potem nawet w wieczornej wiadomości przeczytałam, że dobrze wyglądałam. Nie byłabym sobą, gdybym ironicznie nie dopowiedziała w myśli, że wiem, że przytyłam.
W każdym razie jakoś smutno mi teraz. Pusto też. Szafa przestała być pełna po brzegi. Powinnam poczuć powiew świeżości, a czuję tęsknotę za zapachem z dawnych lat. Ciągle liczę, że to minie.

Zostało jeszcze tylko parę książek, papiery i rzeczy osobiste. Nauczona nowym doświadczeniem wiem, że powtórzę własnoręczne pakowanie, obowiązkowo w towarzystwie. Nie będę miała czasu się roztkliwiać.

Minął rok. To już był czas.

piątek, 18 maja 2012

Matka Boska Bulimiczna mode on

Nażarłam się wczoraj minionych emocji. Rzygałam nimi rzewnymi łzami aż świtało. Dziś mi się nimi odbija.

Nie da się jednak nie żałować. Cholera, no nie da! Niezależnie od tego, jak bardzo chcę w to wierzyć. Żałuję siebie sprzed dwóch lat. Żałuję, bo tej mnie już nie ma i może się zdarzyć, że nigdy nie będzie. Żałuję, bo to był najpiękniejszy czas po długich latach rozczarowań i stagnacji. Żałuję każdej emocji, uśmiechu.

Żałuję, bo może gdybym wtedy postąpiła inaczej, TERAZ byłoby inne. I to głupie. Bo zwykle nie gdybam. I głupie jest to, że nagle zaczęłam myśleć, że to wszystko jest moją winą.


środa, 16 maja 2012

Parafrazując: We were young


Tytułem wstępu:
Za pół roku osiągnę magiczną liczbę lat - trzydzieści. I choć osobiście czuję się staro, a przynajmniej znacznie poważniej niż to co mam w metryce, to wydaje mi się, że trzydziestka to dobry wiek. Ma się już pewną dojrzałość, mądrość życiową, a jednocześnie wciąż się ma przed sobą życie. Nie zaryzykuję stwierdzenia, że to najlepszy czas, ale myślę, że trzydziestki, to najlepsze lata po tych dziecięcych/ nastoletnich.

Część właściwa:
Przewiduję siebie tak dobrze, że chyba zatrudnię się jako meteorolog.
Zgodnie z przewidywaniami mój nastrój upadł i roztrzaskał się o posadzkę. Zaczęło się w południe. M. Wbita szpilka. Potok łez, kilka minut głupich myśli. Po chwili jednak doszłam do siebie. Pomyślałam nawet, że zaczynam się hartować. Tak krótko to wszystko trwało.
Jednak chwilę temu w ramach dostarczenia sobie rozrywki, poszłam poczytać ogłoszenia parafialne z cyklu 'ona szuka jej'. Zawsze na samo wspomnienie unoszą mi się kąciki ust w słodkiej ironii. Rozumiem samotność, rozumiem potrzebę kogoś u swego boku. Nie rozumiem desperacji i szukania na siłę. No i na głupotę mam alergię. Z tych ogłoszeń wydzierają kobiety, które nigdy w życiu mnie nie zainteresują.
Przeglądam te ogłoszenia, uśmiecham się i co lepsze fragmenty cytuję J. W pewnym momencie uderza mnie, że średnia wieku kształtuje się na poziomie 18-22. Z nielicznymi wypadkowymi poza tę normę. Potem są te 45+, które co jakiś czas próbują ze szczęściem grać w ruletkę.
Zaczynam się zastanawiać: po pierwsze gdzie są te kobiety w moim wieku? Po drugie, co ważniejsze, gdzie są te kobiety w moim wieku, które są normalne? Lub przynajmniej nie te głupie jak but. I dochodzi do mnie, że wszystkie normalne, inteligentne, ciepłe jakie znam, są już dawno w związkach.

J.: to są realia
ja: znaczy, że czas na ułożenie sobie życia już był?
J.: uhm

I nagle poczułam się bardzo, bardzo stara. Jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze jak z balonika. Jakby życie mi uciekło, jakby już nigdy nic więcej mnie czekało. Jakby miał nie być pisany ani jeden uśmiech, ani jedno drgnięcie serca. A przecież ja od dziecka wiem, że potrzebuję rodziny. Może nie tej tradycyjnej, ale kogoś przy kim będę mogła się budzić. Wiem też, że nie potrafię być sama. I jak kiedyś tylko to przypuszczałam, tak teraz wiem na pewno.
Widzę więc dwie drogi dla siebie:
1) Pójdę do zakonu. Tak, moja mam już to przerabiała gdy miałam 8lat. 
2) Skończę najprawdopodobniej nieszczęśliwa za to z łatwiejszym życiem u boku mężczyzny.


I jakbym nie była stara do tej pory, zrobiłam się tak stara, że mogę umrzeć już teraz. Ze starości. 

Znalezione w roboczych

Amputacje

Moi przyjaciele oblewają test, którego nie robiłam. W związku z czym przestają być przyjaciółmi. I nie chcę słyszeć, że miarą dojrzałości jest nie oczekiwać. Przyjaciół ma się po to, by właśnie móc oczekiwać, że będą wtedy, gdy są najbardziej potrzebni. Po prostu będą... Bo czy jeśli ktoś przestaje się odzywać po informacji 'nie chce mi się żyć', która nie jest żartem, to zasługuje na miano bliskiej osoby? Więc jeśli teraz ktoś zawodzi to znaczy, że nie dorósł do tej relacji. Właściwie mogłabym wysnuć inny wniosek - że prawda nie popłaca. Tylko po co? To buduje żal. A ja żałować nie chcę. Odcinam więc bez znieczulenia kolejne kończyny. Wiem, że ból fantomowy kiedyś minie.

I choć o tym nie myślę, to podświadomie czekam. Czekam, aż runie ostatnia ostoja.

wtorek, 8 maja 2012

Przyśniło się


Miałam dziś dziwny sen. Śniło mi się, że COŚ w swoim życiu zrobiłam. Coś z czego byłam bardzo dumna, i co dostarczało potężną dawkę emocji. To coś co silnie motywowało do dalszego działania. Rozpierała mnie energia, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Ludzie przysyłali mi listy gratulacyjne, które nie mogły mnie nie bawić, bo przecież w moim odczuciu 'to nic takiego'. Przynajmniej nic na skalę rozgłosu jaki to przyniosło. Dla mnie jednak to było coś - bo w końcu byłam zadowolona z mojego życia.

Przyśniło mi się dokładnie to, czego potrzebuję.
Pozostaje mi więc przyśnić czym to COŚ jest.

poniedziałek, 7 maja 2012

...


Odkąd wzięłam się za rozliczanie PITu (po raz pierwszy na ostatnią minutę) zastanawiam się co się ze mną stało. Gdzie się podziała ta poukładana kobieta, która z zamkniętymi oczyma mogła wskazać każdy potrzebny papierek? 
Zgubiłam PIT 11, którego szukałam cały dzień. I zgubiłam całkiem PIT z zeszłego roku (zarówno 11 jak i 37 - a co tam, jak szaleć to szaleć), na podstawie którego mogłam się rozliczyć internetowo.To nic, że przetrząsnęłam już cały dom. PITów jak nie było, tak nie ma. Podejrzewam, że choć większość papierów M. nadal jest u mnie, te moje są dziwnym trafem u niej. Może gdybym nie rozliczała się na za pięć dwunasta zdążyłabym ustalić ich położenie. Ale skoro rozliczenie wysłałam pocztą, to machnęłam już na to ręką.

Przez lata walczyłam ze swoją dupowatością. Z nieśmiałością, nieumiejętnością upominania się o swoje, czy odezwania się, gdy chodziło o obronę swojego imienia. A gdy się tego nauczyłam nagle zmasowany atak wszelkich zdarzeń odebrał mi całą pewność siebie. Do tego stopnia, że całkiem straciłam głowę.
Nie wiem, gdzie jest ta silna dziewczyna, która zawsze siedziała mi na ramieniu i mówiła 'nie poddawaj się! dasz radę!'...

sobota, 28 kwietnia 2012

Breath

Poszłam wczoraj na spacer. Nie wiem co mnie natchnęło. Może coraz intensywniejsza potrzeba zmian z dodatkiem pięknego słońca? W każdym razie po tym jak się umalowałam i ubrałam, oceniłam swoje odbicie w lustrze mocno negatywnie. I już, już byłam gotowa zostać w domu. I pewnie bym się nie ruszyła, gdybym wcześniej nie zapowiedziałam drogiemu Księciuniu II, że wychodzę z nim. Założyłam więc duże okulary i kapelusz na głowę.

Poszliśmy z Księciuniem nad stawy. On miał wizję leżenia plackiem i opalania, ja wizję dłuższego spaceru. Wizje nam się rozminęły, ale nie szkodzi, bo jak nie ja - w ogóle nie zwracałam uwagi na mijany krajobraz i ludzi. No i przecież nie znoszę spacerować w pojedynkę. Ubezpieczony w koc i krem do opalania Księciunio i ja przezorna z książką. Pomyślałam, że dobraliśmy się idealnie.
Cicho, spokojnie i co ważne praktycznie bez ludzi. Patrząc na wodę zatęskniłam za pływaniem. Już prawie zapomniałam, że powinnam się urodzić w jakimś 'wodnym' zodiaku. A patrząc na garstkę ludzi i tak zwanych weekendowych sportowców zatęskniłam za rowerem, którego od czasu wyprowadzki nie miałam pod tyłkiem. Zatęskniłam za rolkami. I z zaskoczeniem odkryłam, że dziwna jest moja niechęć do samotnych spacerów, podczas gdy wszystkie aktywności fizyczne najchętniej uprawiałam w pojedynkę. No może poza siatkówką. W tą wszak nie da się grać w pojedynkę.
W zasadzie było całkiem miło. Lubię Księciunia z jego niecodziennym poczuciem humoru i całkiem sporym dystansem do siebie. Lubię go oczywiście poza momentami gdy mnie wkurwia, ale nie o tym przecież. Czytaliśmy i rozmawialiśmy. Każde z nas wnosiło zabawne anegdotki z czasów dzieciństwa. Zaczęłam myślałam o tym, jakże dziwnym dzieckiem byłam. I jak wdzięczna jestem mam, że mnie nie obdarła jednak ze skóry i nie utopiła w wannie. Myślałam też o tym, jak śmieszna jest zazdrość o rodzeństwo i jak niebezpieczny może być brak rozmowy z dzieckiem, gdy drugie przychodzi na świat.

Właściwie przyjemne cztery godziny skończyły się wraz z powrotem do domu. Moje oskrzela bowiem odmówiły współpracy i im bliżej domu tym ciężej było mi nabrać powietrza. Pamiętam o mojej astmie, w którą nie wierzę. Wierzę za to w działanie sterydów, którymi Księciunio chciał mnie uraczyć jako iż sam astmatyk. Mi wystarczy to, że i tak wyglądam jak hipopotam.

Wracałam więc do domu prawie dwa razy dłużej, zatrzymując się co chwilę by nabrać oddechu. I tak się zastanawiam: czy jestem w stanie nauczyć się kontrolować mój oddech w emocjach? A może już na zawsze jestem skazana na ściśnięte oskrzela i płuca?


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Fly away

Od dłuższego czasu przewija się w mojej głowie myśl, że może powinnam rozprawić się z własnym życiem jak dziesięć lat temu. Zabrać kilka rzeczy i zmienić miejsce zamieszkania. Zmienić otoczenie i ludzi mnie otaczających. Tym samym zmienić siebie.
Istotny jest bowiem fakt, że te dziesięć lat wstecz było swoistym katharsis. Było też szczęściem. Niezależnie od tego, jak do tego doszło, co wówczas przeżyłam, byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. A z pewnością byłam najszczęśliwsza w całym swoim życiu.
No dobra - okres gdy rządziła w moim sercu odległość ~1600km był równie szczęśliwy. Tylko skończył się mniej przyjemnie, więc nie warto nawet wspominać.

Może i byłby to pomysł, gdyby nie to, że nie strzelę sobie w nogę wiedząc, że moje konto świeci pustkami i absolutnie mnie na to nie stać. Nie stać mnie też już na to, by nie przejmować się tym czy mam dach nad głową. Ani pomijać kwestię bezpieczeństwa parków nocą. Zważywszy że nocne 'bezpieczeństwo' pod domem przyjaciół już przerabiałam. Stosunkowo zresztą niedawno.

Czuję potrzebę zmiany. Dużą potrzebę. Jednocześnie nie czując żadnego motoru napędowego. Ba, czasem nie jestem w stanie dojść dalej niż do łazienki. A jakby tego było mało - potrafię wszystko spartaczyć, byleby mieć święty spokój.
No tak. Nic w sumie dziwnego, gdy ludzie nadzwyczajnie mnie irytują. I nie chodzi już tylko o moje przewrażliwienie, niedopasowanie, robienie z igieł wideł, czy jakkolwiek sobie to nazwę. Chodzi o ludzi, ich podejście do życia, ich system wartości, moralność, czy też raczej brak dwóch ostatnich.

Mam czasem wrażenie, że jestem z innej epoki, teleportowałam się w czasie i kompletnie nie rozumiem otaczającego mnie świata.
Wiem, że jestem idealistką, co mnie samej też czasem to przeszkadza. Ale obserwując ludzi, i to tych, z którymi jestem bądź byłam blisko, wydaje mi się, że ich jedynym ideałem jest lekkie, łatwe życie. Koniecznie bogate - w sensie dosłownym. Nie zapominając też o tym, by było przepełnione dobrą rozrywką. Jasne, jestem w stanie zrozumieć, że to ostatnie jest ważne. Nie jestem w stanie pojąć dlaczego ma się to odbywać kosztem innych.

Obserwuję GRACZY, których wokół mnie jest coraz więcej. Nastawionych na zaspokajanie swoich potrzeb wszystkimi możliwymi sposobami. Jedynym ograniczeniem zdają się być ich własnych chęci. Zapominają, a raczej mają w poważaniu, że z drugiej strony stoją osoby wyposażone w uczucia. Budują więc napięcie i swoje ego. Muszę dodawać, że osobami, których strunami grają, w gruncie rzeczy nie są bliżej zainteresowani? Zainteresowani są jedynie popędem i tanią rozrywką. I niech się ktoś oburzy. Dla mnie spędzanie czasu z ludźmi po to by mamić, ustawiać i strofować dla własnej przyjemności, by za chwilę zmienić zupełnie swoje zachowanie zawsze będzie tanie.

Dlaczego to poruszam i dlaczego mnie to rusza? Powody są dwa:
1) Jakiś czas temu sieć obiegło zdjęcie, z parą staruszków opatrzonych popisem, że spędzili ze sobą 50lat. Pod spodem znajdywało się pytanie, jak im się to udało, ma które odpowiedzią było to, że oni urodzili się w czasach, kiedy gdy coś się psuło zamiast wyrzucane było naprawiane. I ja właśnie czuję się jak z tej ich epoki. Niejednokrotnie wyrządzając sobie krzywdę, robiąc gwałt na swoich zasadach i moralach robiłam wszystko, by to co tworzę miało jak największe szanse na przetrwanie. Chciałam po prostu móc ze spokojem spojrzeć w swoje odbicie w lustrze i powiedzieć 'robiłam co mogłam'. I jasne, zdaję sobie sprawę, że nie byłam idealna w tym naprawianiu. Wiem już teraz, że nie da się samemu robić tego, co powinny robić dwie osoby. A już na pewno nie można samemu niczego nadrobić, gdy tą drugą osobą jest GRACZ. Ale przynajmniej mam spokojne sumienie, bo rzeczywiście zrobiłam co w mojej mocy.
2) Drugim powodem jest to, że ważną mi osobę pochłonęła GRA, przez co coraz trudniej mi zrozumieć tę osobę. Ot, rozmijamy się z poglądami życiowymi. Nie denerwowałoby mnie to, gdyby to nie był kolejny 'ktoś bliski'. I może łatwiej byłoby zrozumieć gdyby wartość przyjaźni pozostawała stała. Niestety po usłyszeniu w jakim tak naprawdę jestem stanie, zostały wprowadzone zasady ograniczonego kontaktu - 'telefon dla uspokojenia sumienia'. I gryzie mnie to dlatego, że znów mogę powiedzieć 'robiłam co mogłam' gdy ta osoba mnie potrzebowała. A oprócz tego mogę powiedzieć 'znowu tak samo, gdy ty jesteś, jest dobrze, gdy ty potrzebujesz, okazuje się, że nie masz od kogo'

I na koniec wracając do potrzeby zmiany - najchętniej wskoczyłabym do samolotu lecącego do Argentyny czy Wenezueli i zamieszkała w jakieś wiosce. Łudząc się, że tam wartości jakoś wolniej się dewaluują. A ponieważ nie stać mnie nawet na 1/3 biletu pozostaje mi google maps.


__________
Z Lenny'm na pokładzie.

sobota, 21 kwietnia 2012

'Jest taki samotny dom'

Włączyłam muzykę z dzieciństwa, która być może rozbrzmiewa i u sąsiadów. Noc to przecież najlepsza pora na głośniejsze słuchanie muzyki. Słuchawki oczywiście wyemigrowały już prawie rok temu razem z częścią mnie, ze stratą której pogodzić wciąż się nie potrafię.

Fatum dostał nocnej głupawki i biega z prędkością światła po mieszkaniu, zahaczając niemal o sufit. Wkurwia mnie. Jednak w momencie gdy zaczyna mi rosnąć poziom agresji, rozczulam się myśląc, że jest obecnie jedyną żywą istotą, w którą mogę się wtulić. Zamykam go więc w sypialni izolując od światła i muzyki. Wiem, że w takim wypadku wpełznie pod kołdrę i zaśnie.


'Znowu w życiu mi nie wyszło(...)
Sam wiem że zbyt późno jest
By zaczynać wszystko znów'

'Pustych komnat chłód,
W szary pył rozbity czas,
Martwy, pusty dwór'

Cugowski jakoś świetnie wpasował się w moje rozterki. I nic dodać, nic ująć...

wtorek, 17 kwietnia 2012

...

Nie mogę spać. Jest trzecia, a ja nie czuję się ani trochę senna. Za to najchętniej zaszyłabym się pod kołdrą - tak by schować się przed całym światem. Tyle, że mam atak duszności i kołdra wywołałaby tylko dodatkowo klaustrofobię.
Co więc można robić gdy się nie śpi? Słuchać opery i myśleć. Albo słuchać czegoś innego, bo 'Traviata' jednak dziś nie działa. Myślenia nie wyłączając.

I tak: wyłączyłam się ze świata zewnętrznego, wyłączyłam się z ludzi. I co? Jestem w tej samej - przepraszam za wyrażenie - czarnej dupie. Nie, nie tej samej. Jakoś głębiej.

Jeden krok, którego wciąż nie potrafię postawić. Czy przy całym moim zobojętnieniu obawa przed bólem też się kiedyś zdewaluuje? Czyż wszystko nie byłoby łatwiejsze, gdybym nie urodziła się panikarą?

Rozmyślając nad tym pochłonęłam dwie tabliczki czekolady. To mój rodzaj autoagresji. Może da się zażreć na śmierć?

sobota, 31 marca 2012

Pice od shit

Sprawiła mi chwilową przyjemność obserwacja, że zrobiło jej się głupio. Tak. Ten ułamek sekundy zdziwienia na jej twarzy sprawił, że poczułam się lepiej. Tylko na chwilę. Bo chwilę później pomyślałam, że przecież nie po to dałam jej prezent, by budować sobie morale, ani nie po to, by jej było głupio. Więc i mnie zrobiło się głupio, że w ogóle odebrałam to w tych kategoriach.
Nie odpisała już na wiadomość, czy przypadkiem nie zdublowałam książek. Jasne, bo po co? Mnie po prostu można zignorować.

_________

Ludzie się wyłączają z mojego życia. Znikają gdzieś dobre relacje, znikają rozmowy. Znika poczucie, że można z kimś rozmawiać i milczeć. Znikają i sami ludzie. Całkiem. W sumie nic dziwnego. Któż by chciał współistnieć w cudzych nastrojach i niepowodzeniach. I kimże ja jestem, by ktoś chciał przy mnie być? Nikim. Więc i sama też się odsuwam.

_________

Zadzwoniła matka, że miałam być i mnie nie ma. I natychmiast w ramach przeprosin stwierdziłam, że będę popołudniu. To nic, że nie mam dziś na to najmniejszej ochoty. Że mam ochotę ot, zaszyć się pod kocem.
To nic, że nie mówiłam, że będę - mówiłam, że może będę. Przecież, to czego ja chcę się nie liczy.

_________

Z każdym dniem czuję się jak coraz większy nieudacznik.
Bez wartości.
Bez znaczenia.
Beznadziejny przypadek naiwnej idiotki, która wszystkim chciałaby dogodzić.

_________

Wylogować się z własnego życia. Szybko.

czwartek, 22 marca 2012

...

Płaczę nad talerzem knedli i nad serkiem wiejskim. Łzy wpadają do jedzenia. Nie szkodzi, zjem. Przecież to moje.
Płaczę przed wystawą sklepową i przy zakupach. Łzy płynące po policzku do ust - połykam. Resztę szybkim ruchem wycieram ręką. Nic nie szkodzi, już się uśmiecham.

Nie towarzyszą mi żadne myśli, żadne bodźce, a jednak... Pali mnie sól na policzkach. Przy każdej nadarzającej się okazji. Czasem ukradkiem oblizuję palce by się upewnić, że to na pewno ja. I aby sprawdzić, czy łzy przypadkiem nie zmieniły smaku. Bo może jeśli one się zmienią, to będzie znak, że zmienia się coś we mnie?

Smutek mam scalony z układem nerwowym.
Wciąż.

niedziela, 11 marca 2012

Czas wybrał sobie niefortunny czas na to, by dać mu go pod dostatkiem

Przede mną ten cholerny pokaz. Mnóstwo kontaktów z ludźmi, dużo stresu i permanentne wykończenie. Tydzień. Modlę się do siebie o energię i entuzjazm. Modlę się o odwagę i determinację. Modlę się, bym znalazła pokłady energii i siły psychicznej.

Tymczasem boję się, że nie dam rady. Bo nie mam tej siły. Ani do siebie, ani do swoich emocji.


_____________________

Tak. Ten blog coraz bardziej przypomina studium własnej depresji.

wtorek, 6 marca 2012

Deprecjacji ciąg dalszy. Pamiętaj - zawsze możesz liczyć na matkę i przyjaciela.

Na kilka godzin wyparłam z głowy tę rozmowę. Ot, musiałam załatwić lekarza, bank i inne przyziemne rzeczy. Potem dopadł mnie potworny ból głowy, którego nie byłam w stanie opanować, więc żeby nie skończyć w toalecie poszłam spać. A wieczór standardowo umilałam sobie rozmowami.
Nastał jednak czas, kiedy wszyscy poszli spać. A ja? To nie tylko to, że już się wyspałam - po prostu znów nie jestem w stanie chodzić spać o przyzwoitej godzinie. Zaczęłam więc sprzątać. Nie, rzeczywiście dawno (oczywiście jak na moje możliwości) nie sprzątałam i mieszkanie już prosiło się o ogarnięcie. Kiedy tylko zaczęłam wróciła do mnie ta rozmowa.

Zaczęło się od tematu mam i mojej weekendowej wizyty. Usłyszałam, że mam w sobie nadal ogrom bezsensownego, nastoletniego buntu. Przytaknęłam od razu. Nie jest to coś, z czym się kryję. Znaczy bunt, z bezsensownością się zgodzić nie mogę. Dowiedziałam się, że powinnam wykazać się zrozumieniem, bo te wszystkie słowa i czyny mam są próbą powiedzenia, że się o mnie martwi. 10lat temu ten argument rzeczywiście w ogóle nie trafiłby do mnie. Ale teraz zdaję sobie sprawę, że ona się martwi - niestety nie do końca o to, o co powinna. Usłyszałam też, że rodzice są po to by nas denerwować i w skrócie nie są po to by nam rozwijać poczucie wartości, tylko po to, by nas ściągać na ziemię - przynajmniej w kryteriach ich pojęcia o rodzicielstwie. I że powinnam zaakceptować to, że to się nie zmieni i żyć dalej.
Przez chwilę się zadumałam. Potem narósł we mnie mój bunt. No bo jak to?! W moim pojęciu rodzice są właśnie po to, by motywować dzieci do działania, by je wspierać i by właśnie jak najbardziej rozwijać w nich poczucie własnej wartości. I właściwie - dlaczego ktoś deprecjonuje mój bunt na takie podejście? Tylko dlatego, że sam zgadza się udawać, ja też mam? Nie odezwałam się ani słowem, bo na szczęście temat już się zmienił. Tylko czy na szczęście?

Temat bardzo płynnie bo opierając się o mam przeszedł do mojego sprzątania, tego, że jak mam (tu S. oparł się na moim niedowartościowaniu z jej strony i stwierdzeniu, że nigdy nic nie robiłam wystarczająco dobrze) nie daję szansy się nikomu wykazać, bo w moim przekonaniu sama zrobię to lepiej (patrz sprzątanie). Wiem już też, że nie wyobraża sobie ze mną życia, bo ja muszę mieć wszystko idealnie ułożone według własnego obrazu/schematu - ciekawe. Najpierw znów się zgodziłam. I próbowałam trochę tłumaczyć, że czasem najgorzej wyplewić z siebie schematy poznane w domu. Potem przeszła mi przez głowy myśl, że przecież nigdy, nawet spędzając tygodnie poza własnym domem z różnymi ludźmi, nie narzucałam nikomu mojej wizji świata Ba, ja tak naprawdę zupełnie nie jestem zainteresowana przestrzenią, która do mnie nie należy. To, że ja muszę mieć coś tam ułożone czy to jak np pracuję, czy to podczas gotowania, nie oznacza, że np bałagan w mieszkaniu S, czy nieład u Pingwina na biurku mi przeszkadza i będę go poprawiać. A tak naprawdę przestrzeń, której określonego ładu będę bronić niczym lwica, to tylko wieszanie prania (i nie jest to tylko i wyłącznie widzimisię, tylko sposób cyrkulacji powietrza)i suszarka w kuchni (tu już widzimisię całkowite, przyznaję), a odkąd jestem sama nie toleruję też zmian na przestrzeni paru metrów kuchni - to teraz po prostu tylko moje królestwo. To i tak dużo. Ale nie wiem czy ryzykowałabym twierdzenie, że dramatycznie.
A potem przyszła mi jeszcze jedna myśl, w której się teraz utwierdzam - przez całe moje dorosłe życie spędzone poza domem rodzinnym nie miałam relacji opartej na partnerstwie. M. miała w nosie jakiekolwiek porządki - mieszkanie mogło stać miesiącami nie ruszone - dla niej pojęcie bałaganu nie istniało. To więc zostawało na mojej głowie - chyba, że wkurwiona rzucałam szmatą, z tekstem, że ja już posprzątam całe mieszkanie, ale ona ma zrobić coś tam. Wtedy rzeczywiście robiła o co 'prosiłam'. Jak miałam mówić o partnerstwie, kiedy nie mogłam jej nawet zmobilizować do systematycznego sprzątania w kuwecie - dodając - kuwecie jej kota? Prawda też była taka, że gdy w przeszłości coś zawaliłam, później starałam się nadrobić na każdym froncie. Byle tylko pokazać, że jestem jednak do czegoś użyteczna. Nie mając więc porównania z relacją, kiedy obie strony wkładają nawet nie ten sam ładunek, ale podobny, by wspólne życie było lepsze i pełniejsze, nie mogę z góry skazać się na myślenie, że jestem fucking perfect i wszyscy schodzić mi z drogi, bo nikt poza mną nie zrobi tego tak dobrze jak ja.

Rozmowa skończyła się na tym, co już w poprzednim akapicie przetkałam - moim wyobrażeniu o moich umiejętnościach względem gotowania i znów ponoć nie daję się nikomu wykazać. S. oparł teorię na tym, że gdy on coś gotuje gdy jesteśmy razem, to ja owszem zjem, owszem powiem, że dobre, ale on widzi, że coś jest nie tak, że to nie to.
Nie powiem - zrobiło mi się bardzo przykro. Bardzo. Pomyślałam sobie, że muszę być straszną cipa, skoro nie doceniam starań przyjaciół. Naprawdę zdołowała mnie ta myśl. Ale po chwili przypomniało mi się, że dopiero w niedzielę mieliśmy wspólny obiad - danie przygotowane przez K. było doskonałe, bardzo mi smakowało. I fakt, ja nie jestem jakaś specjalnie wylewna (i może to jest właśnie powód takiego a nie innego odbioru mojej osoby?), ale pamiętam, że powiedziałam, że pyszne. I pamiętam, że C., która często robi totalnie proste, regionalne dania gotuje dobrze. Potem pomyślałam o tych wszystkich pysznościach u J. i A. - one naprawdę dbają o moje kubki smakowe. A na końcu dotarło do mnie, że S zawsze gotuje standard - KFC. No dobra, gotuje też naprawdę: makaron z kurczakiem i sosem z słoika. A ja wychowana na zupełnie prawdziwym, domowym jedzeniu, kochająca jedzenie pachnące przyprawami - nie powiem, że niczym francuski piesek będę kręcić nosem - nie, zwyczajnie zjem. Nie powiem też, że jest złe, bo i mnie zdarza się tak na szybko zaspokoić swój głód. Ale nigdy nie powiem, że jest czymś wybitnym. I mimo, że doceniam wysiłki S. (bo gotować to on nie lubi), to w mej podświadomości nigdy nie uznam tego za gotowanie.
Żeby jednak nie popadać w euforię i nie idealizować się zbytnio, napisałam z pytaniem, czy dziewczyny odnoszą wrażenie, że wg mnie ja wszystko robię najlepiej. Czekam na odpowiedzi. K. spytam jutro. Jeśli potwierdzą, załamię się - to znaczy, że ludzie rzeczywiście widzą mnie inaczej, niż ja samą siebie.



Po zastanowieniu: jeśli mój potworny ból głowy był somatyczny to z pewnością podyktowany był tą rozmową. Teraz zaczyna się znów.
Już jest 5:05, a ja się rozpisałam.

sobota, 3 marca 2012

Eat Pray (Love you could throw away)

Żartuję ostatnio, że według niektórych, którzy czytają moje posty na fb, zeżrę wszystko co się da, a z sypialni przeniosłam się na łóżko polowe w kuchni.
Bawi mnie to. Sama więc podsycam te żywe zainteresowanie, płodząc namiętnie kolejne posty o tym, co aktualnie gotuję i piekę. Zastanawia mnie to, bo nigdy nie pisałam ile naprawdę jem. I nawet jeśli gdzieś tam w komentarzach pozwolę sobie na przyznanie, że mam problem z jedzeniem (umówmy się, mało kto przebrnie przez kilkadziesiąt komentarzy, by się mojego wyznania doczytać, a już na pewno nie osoby niepowołane, które czytają głównie posty), to z tych postów wynika przecież jedynie, że jem. I może jem trochę lepiej i nieco inaczej niż wszyscy, ale to wciąż podstawowa potrzeba człowieka. Tyle, że fakt - raczej nikt nie pisze codziennie (czy może co drugi dzień), że robi na śniadanie racuszki, na obiad curry, a w ramach deseru robi ciasto czekoladowe. I zastanawiam się, czy wynika to z uznania jedzenia za potrzebę niższego rzędu, czy może z tego, że ludzie nie jedzą ciekawie i w jedzeniu nie znajdują większych przyjemności?
W każdym razie, z niekłamaną satysfakcją publikuję efekty przygotowania chilli, w którym zapomniałam o papryce, czy ciasteczek owsianych, których nie mogłam wyciąć foremkami w kształcie kotów. Z niekłamaną satysfakcją czytam, jak gdzieś w kimś drga, że ja mam, a on nie. Albo, co cieszy mnie zdecydowanie najbardziej, głośno przyznaje się, że pod moim wpływem zrobił sobie coś dobrego.

Tak - moje życie z ostatnich kilku miesięcy kręci się wokół jedzenia. Kręci się, bo to aktualnie jedyna przyjemność (czy cień przyjemności) jaką znajduję. Tak, kręci się, bo ostatnio czasem łudzę się, że te kilkadziesiąt minut nad przygotowaniem czegoś dobrego do jedzenia da mi zastrzyk dobrego nastroju.
I z drugiej strony - tak, kręci się, bo z każdym kolejnym dniem mam coraz większe wyrzuty sumienia nad faktem, że potrafię pochłonąć kilka tysięcy kalorii. I coraz bardziej mnie martwi to, że zwracam uwagę na ilość owych kalorii. Martwi mnie, bo boję się wziąć odpowiedzialność za to ile jem.
Boję się przejąć kontrolę w tej dziedzinie życia, bo nigdy nie lubiłam swego ciała. Boję się, bo jako nastolatka tak głęboko nie akceptowałam swojego wyglądu, że tylko znacznie większy strach przed zniszczonym zdrowiem i życiem powstrzymywał mnie od podporządkowania życia liczeniu kalorii.
A najbardziej boję się, bo teraz nie boję się ani utraty zdrowia, ani utraty życia - bo obu nie mam.

I uzmysłowiłam to sobie przed chwilą siedząc w wannie. Zwinęłam się więc w pozycję embrionalną i płakałam, aż woda zrobiła się całkiem zimna.
Albo przestanę się kąpać, bo wszystkie tego typu przemyślenia mam właśnie ostatnio podczas leniwych kąpieli, albo sesje terapeutyczne zacznę urządzać sobie w wannie.

piątek, 2 marca 2012

Better life

Śmieję się tam zewnętrznie. Na kawach, na których S. opowiada mi o głupocie innych, w tych bzdurnych rozmówkach wirtualnych, z osobami, których czasem nawet nie znam. Śmieję się, gdy okazuje się, że ludzie, których uważałam za przyjaciół nie odzywają się dwa miesiące, albo robią ze mnie idiotkę, byle sami na takich wyjść nie musieli. Śmieję się, choć wcale nie jest mi do śmiechu. Co pięknie podsumuje mój komentarz pod postem jednego ze znajomych, który głosił: 'Życie jest lepsze, kiedy się śmiejesz', mój błyskawiczny komentarz mówił: 'Zdecydowanie. Ja się śmieję, a inni mają lepsze życie'.
Śmieję się, bo mam w sobie na tyle siły, by znów udawać, że wszystko jest w porządku. Bo znów potrafię odgrywać mój teatrzyk. Śmieję się, bo głupio mi obnosić się z tym, że mi źle. Bo wciąż nie daję sobie prawa do słabości. Z uporem maniaka więc śmieję się, bo śmiech tak idealnie zakrywa wszelkie niedoskonałości, wszelkie wady. Idealnie ukrywa ból, cierpienie i lęk.
Śmiech skutecznie też zastępuje rozmowę, tę na poważne tematy. I niweluje pytanie 'a jak tam u Ciebie?' które ma za zadanie sprawdzić co w mojej głowie.


A dziś znów jest ten beznadziejny dzień. W zasadzie myślę, że wczoraj po prostu się nie skończyło. Tak, to taka doba, która ma 48h, a została przerwana drzemką, z której nie mogłam się wybudzić.
Wyję więc dziś drugi dzień.

wtorek, 28 lutego 2012

Jesteś lekiem na całe zło - tylko wciąż nie ma Cię

Jestem wkurwiona. Tak zwyczajnie, po ludzku. Na służbę zdrowia. Co właściwie samo w sobie wielu już wystarcza za wyjaśnienia.
A żeby skonkretyzować: jestem wkurzona, bo lekarka źle przepisała mi receptę. I tak, jestem zła na nią. Mimo, że zupełnie rozumiem, że przecież mogła się pomylić. Ot, dwoistość. Jestem wkurzona, bo z powodu jednej przekręconej litery, farmaceutka poinformowała mnie, że mogę zapłacić 100% lub pójść do lekarki, żeby zmieniła receptę. Dodając, że najlepiej do czwartku, bo zmienia się znów lista leków refundowanych. I jestem wkurwiona, bo moja lekarka przyjmuje tylko w poniedziałki! Muszę nadmieniać, że leki mam do czwartku?

A od dwóch dni zastanawiam się, czy nie pieprznąć w kąt tych leków. Bo jakoś nie czuję się szczęśliwsza. I może czas się pogodzić, że taka jestem i nic na świecie tego nie zmieni. Bo choć podaję, że z depresją borykam się od dziesięciu lat, to nie pamiętam, by kiedykolwiek było inaczej. I z pewnością będąc jeszcze młodocianą nastolatką cierpiałam na ten sam smutek, tę samą melancholię.

Może to jest właśnie sygnał, że mogę odpuścić farmakologię? Bo efekty w postaci nie wkurwiania się w takim stopniu w jakim potrafię, to dla mnie za mało. A cała moja hiperaktywność kończy się dołem dnia następnego.
A - gdyby ktoś chciał mi przypomnieć - efektu nie spadającego sufitu na głowę nie mam od dawna. Za to zyskałam myśli o śmierci. Bilans wciąż wychodzi minusowy.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Powinnam wiedzieć

że ten wieczór tak się skończy.
Pierwszym sygnałem były niekontrolowane łzy podczas jakiegoś kawałka. Teraz nawet nie pamiętam co to było, ale nic, co działa na mnie jakoś szczególnie nastrojowo. Wiem, że za tym nie przepadam. Wykonanie też nie było porywające - z tego co pamiętam. Po prostu nagle z oczu popłynęły mi łzy. Chwile trwało zanim zdołałam powstrzymać te strumyki płynące policzkami. W sam raz na powrót S.

Drugim był szaleńczy humor. Wygłupy, idiotyzmy wręcz innych, doprowadzały co rusz do gromkiego śmiechu. Wręczanie 'oscarów' zakończone 'pokazem mody' - któż by nie chciał tego przeżyć jednej nocy?! Tak, było fantastycznie, za co dziękuję.
Ale proszę już przy mnie więcej takich numerów nie odstawiać. Nie mogę kończyć w pustych czterech ścianach z kotem, który mnie wkurwia. Nie mogę kończyć z oczami pełnymi łez, których ani nie muszę, ani nie potrafię zahamować. Ani z wyciem przez zęby i kołysaniem się jak dziecko z domu dziecka, które samo siebie próbuje przytulić.

Nie mogę też kończyć z myślą 'a może to dobry czas na koniec?'. Bo co jeśli któregoś dnia na samej tej myśli się nie skończy?


___________________
Mam dość. Poważnie.
Nie potrafię tak żyć.

wtorek, 21 lutego 2012

...

Codziennie zamykam głowę w kolejnym wiadrze pełnym wody, kolejnym umytym oknie. Moje dłonie nie pozostają mi dłużne, mimo najstaranniejszej pielęgnacji. Ale przecież już i tak świadoma jestem, że żadnego wrażenia nie zrobię. Zaczynam więc powoli odpuszczać. Pielęgnacji oczywiście. Tak jak i martwienie się tym co i kiedy jem. Bo moja waga właśnie pokazuje magiczną liczbę, z którą zmagałam się długie lata.
A kiedy próbuję sobie odpuścić kolejny szał kompulsywnego sprzątania - bo czasem włącza mi się myśl, że przecież tak być nie może, bo to nie jest normalne - dostaję niesamowitej hiperaktywności. Nie potrafię wysiedzieć w domu ale przynajmniej następnego dnia też mam wolne od szmaty. Bo mam ból głowy, który pewnie można porównać do kaca, którego ani nigdy nie miałam, ani tym bardziej teraz mieć nie mogę. A oprócz tego zręcznie lawirując przed niechybnym dołem, które zwykle dopada po takich hiper akcjach, przesypiam większą część dnia. Resztę otumaniam kolejnymi filmami.

Czuję się ograniczona. Przez samą siebie. Nie potrafię wytyczyć sobie drogi życiowej. Nie potrafię postawić sobie celów. Nie wspominając już o marzeniach, których bardzo skutecznie pozbyłam się lata temu. Brak mi wiary w siebie, brak wiary w własne umiejętności.
Jeśli się za coś zabieram, to tylko z powodu poczucia, że powinnam. Czasem jeszcze z naiwnej nadziei, że to pomoże. Nie pomaga. Raczej doprowadza do rozstroju nerwowego. W uszach dudnią mi bezdźwięczne słowa 'cholera! czy kiedyś będzie lepiej?!'. Ale jak na złość lepiej nie chce być wcale. Pytań jest więc coraz mniej.

W głośnikach jedynie niezmiennie muzyka. Przepraszam, okresowo w jednym głośniku. Bo przecież ja sama nie całkiem sprawna to za mało. Zaczynają więc psuć się wszelakie sprzęty domowe.
Niech mnie pochłonie czarna dziura.

środa, 8 lutego 2012

Miałam

przypływ dobrego nastroju. Wymyśliłam więc spotkanie, które przewrotnie nazwałam randką. Miałam o siebie zadbać. Nawilżyć się maseczkami, pomalować paznokcie na intensywny kolor. Na zapomniane nieco włosy, nałożyć trochę farby dla pokrycia odrostów i nadania blasku. Miałam. Poczułam, że mam ochotę zaszyć się pod własną kołdrą, we własnej sypialni. Nie zrobiłam nic.
Dziś więc naprędce pokryłam paznokcie emalią przeznaczoną na szybkie akcje reanimacyjne, włosy spięłam w kok - niedoskonałości mniej widać.
Przejrzałam się jednak w lustrze. Może paznokcie i włosy się jakoś bronią - cała reszta już nie. Twarz nabrzmiała od cukrów, oklepana kremami, podkładami, korektorami i różami. Wszystko po to, by wydawała się zdrowsza, bardziej promienna - ładniejsza. Ale przecież nie ukryję bólu i smutku wielu lat, które teraz ze zdwojoną siłą czają się w oczach. Mimo najpracowitszego makijażu i najlepiej dobranych ciuchów nie będę wyglądać jak kilka miesięcy wstecz. Każdy dodatkowy kilogram jest widoczny gołym okiem. Na twarzy zamiast radości widać cynizm i zmęczenie. Na barkach mam głaz, który garbi mi plecy - nie pozostało nic po sprężystej, pewnej siebie sylwetce.

Wymyśliłam spotkanie, które mam teraz ochotę odwołać. Nie zrobię ani grama dobrego wrażenia. A w sumie to jedyne na czym może mi zależeć po miesiącach 'niewidzenia'. I zastanawiam się: po co mi spotkanie z kimś, kto nie budzi żadnych emocji? I po co mi dbanie o robienie wrażenia na kimś, kto pewnie nigdy nie zagości w życiu nawet na parę chwil?

Pytanie, które frasuje mnie od dłuższego czasu, nie daje spokoju: czy ktokolwiek jeszcze rozbudzi emocje?

środa, 1 lutego 2012

Judge me, feel free vol II

Moja była dziewczyna słysząc pytanie 'kiedy się wyprowadzisz?' słyszała 'wypierdalajnatentychmiast'. A także co gorsze, z łatwością uwierzyła, że byłam z nią z powodów finansowych i 'rżnęłam ją na kasę'.
Moi 'przyjaciele' wyszli z założenia, że z moją pracą jest coś bardzo nie tak i to z mojej winy bo nagle przestałam do niej chodzić, nagle przestałam odbierać telefony, i odmówiłam wszelkiego kontaktu z owym miejscem, i zupełnie nagle wymyśliłam psychiatrę.

Czuję się jak we śnie. Ciężkim, mrocznym, duszącym. Takim, w którym na początku dostaje się obuchem w głowę, a potem jest coraz gorzej. Jestem oszołomiona i kręci mi się w głowie. Nie dowierzam. Zastanawiam się, gdzie są ludzie, których wydawało mi się, że znam i o których myślałam, że znają mnie. I zastanawia mnie, dlaczego ciągle czuje potrzebę zaprzeczeniu wszystkim świńskim pomówieniom, dlaczego czuję potrzebę wyjaśnienia?

Z wczorajszej więc rozmowy zainspirowanej powyższymi:

'Na litość boską, co cię interesuje co inni o tobie myślą?!' Widzę siebie oczami innych. Jestem jak pies, którego możesz skopać jeśli tylko mnie lubisz, jeśli tylko mnie kochasz. Jeśli tylko będę ci potrzebna.

'Zachowujesz się czasem, jakbyś czekała, że ona zmądrzeje i wróci do Ciebie' ... Podświadomie, nie chcąc się do tego przyznać, tak właśnie jest. W moim przypadku mieć po co żyć, to mieć dla kogo żyć.

'Dlaczego swojej terapii nie potraktujesz jako źródła swojej siły?!' Bo wstydzę się, że się na niej znalazłam. Nie dlatego, że uważam terapię za coś złego, tylko dlatego, że sama nie dałam rady. Wstydzę się swojej słabości...

Osłabiłam S. Siebie osłabiam od lat.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Przyśniło się

,że na cały mój świat z kawałkiem wszechświata napadł potwór. Ta czarna otchłań z płonącymi, fioletowymi oczami pożarła każde moje słowo, każdą myśl, wszystkie dobra materialne i doczesne, a także duszę. Zniknęły wszystkie domostwa, w których palono w kominku. Zniknęły małe, roześmiane dziewczynki pałaszujące lody i kobiety - te smutne, lecz dzielnie niosące swój krzyż. Zniknęły łzy równie łatwo jak uśmiech w popołudniowym, letnim słońcu. Zgasły świece, a zapachy wywiał huragan. Muzyka przestała grać i me uszy opanowała niezwykła cisza - raniąc po tysiąckroć bardziej niż wszystkie najsmutniejsze piosenki razem wzięte. Wszystkie szafy przepełnione niepotrzebną zbieraniną wspomnień i marzeń z czasów 'kiedyś' i o czasach 'gdy' gwałtownie zebrało tornado czarnej dziury. Te opatrzone napisem 'teraz' też przepadły. Wszystkie torty czekoladowe, pasty i risotta trafiły w nienasycony żołądek, który nigdy nie pęknie i nie zwróci. Obrazy tego świata zakodowane w mej pamięci wyparowały na kilka sekund nim ja sama przepadłam.
Nie było więc czasu na żal.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

...

Pod powiekami palą słone łzy powstałe z smutku w sercu i goryczy w ustach. Ironia na języku smaga niczym pieciopalczasty bicz. Nie, nie mnie. Mnie smaga własny cynizm. Ludzkie dążenie do szczęścia, w które przestałam już wierzyć wbija kolejną szpilkę. Duszę się sztucznym uśmiechem. Duszę się sobą całą. Szarfa obcości na mej krtani powoli się zaciska. I coraz częściej nie znajduję miejsca dla siebie na świecie.


"Zamykam oczy chcę już spać
Nie spotkam ciebie
Nie ma na to szans
Niech noc trwa niech nie wstaje dzień (...)"

Bo przecież wszystkie piosenki są zawsze na temat.

wtorek, 10 stycznia 2012

Fire, walk with me

Stałam nad piecem bijącym ciepłem od wspomnień. W palenisku płonęły kolejne strony mnie samej. Niewysłane i niewręczone listy; zapiski z najintymniejszych myśli; myśli ulotne; i te, które nigdy nie doczekały się kontynuacji. Paliłam mapy wspomnień - z miejsc zapomnianych, niezwiedzonych lub zwiedzonych pobieżnie. Ogień obejmował każde jedno wspomnienie i każdy tegoż zalążek. Z prochu powstałeś...

Spaliłam więc część siebie.
Za uporządkowanie Ciebie w moim życiu ciągle wziąć się nie potrafię. Wiem, sentymentalna ze mnie idiotka. Minęło tyle czasu, a ból nie jest mniejszy. Nie radzę sobie ze sobą.
Nie radzę sobie bez Ciebie.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Do not disturb

Samotne święta, bo bez niej. Nowy Rok, tak inny, tak pusty. Za chwilę bezsensowne, samotne urodziny. A ja nawet nie mogę sięgnąć po szklankę z ulubionym drinkiem. Najchętniej nie jedną.
Potrzeba zresetowania głowy, bez możliwości spełnienia. Czy kiedy oszaleję, świat przystanie choć na chwilę?

Zakładam kir - ten miesiąc ogłaszam miesiącem żałoby.

Hydro

Kończyłam w wannie artykuł o nerwicowcach. Głęboki wdech, głęboki wydech. Powtórka - wdech, wydech. Nagle przed oczami zaczynają wirować skrystalizowane w myślach lęki, napięcia, obrazy z przeszłości, napady agresji. Potok niekontrolowanych łez, którymi się krztuszę. Ukrywam twarz w dłoniach. Wyję. Próbuję cicho - ostatkami racjonalnej świadomość odnotowuję, że jest środek nocy. Nie wychodzi. Opuszczam ciało po ściance wanny zanurzając się cała. Wyję niczym pies mimo wody w ustach. Może sąsiedzi nie usłyszą. Wynurzam się by zaczerpnąć powietrza. Przypominam sobie o hydroxyzynie leżącej na biurku. Mokra wybiegam z wanny - tabletkę popijam colą. Zalewając się łzami, z coraz bardziej przekrwionych oczu, czekam aż zacznie działać. Odliczam sekundy. Sekundy składam w minuty. Zabawa w stoper pozwala wyrównać oddech.

Jutro Pingwin. Czeka mnie spowiedź z kłamstwa, jakiego dopuściłam się podczas ostatniej wizyty. I spowiedź z tego napadu. Poruszymy więc moje ostatnie rozważania. I przyznanie, że do doktor chodzę po recepty, bo nie jestem w stanie z nią rozmawiać. Pytanie tylko jak przezwyciężyć lęk przed byciem ocenioną.