Na kilka godzin wyparłam z głowy tę rozmowę. Ot, musiałam załatwić lekarza, bank i inne przyziemne rzeczy. Potem dopadł mnie potworny ból głowy, którego nie byłam w stanie opanować, więc żeby nie skończyć w toalecie poszłam spać. A wieczór standardowo umilałam sobie rozmowami.
Nastał jednak czas, kiedy wszyscy poszli spać. A ja? To nie tylko to, że już się wyspałam - po prostu znów nie jestem w stanie chodzić spać o przyzwoitej godzinie. Zaczęłam więc sprzątać. Nie, rzeczywiście dawno (oczywiście jak na moje możliwości) nie sprzątałam i mieszkanie już prosiło się o ogarnięcie. Kiedy tylko zaczęłam wróciła do mnie ta rozmowa.
Zaczęło się od tematu mam i mojej weekendowej wizyty. Usłyszałam, że mam w sobie nadal ogrom bezsensownego, nastoletniego buntu. Przytaknęłam od razu. Nie jest to coś, z czym się kryję. Znaczy bunt, z bezsensownością się zgodzić nie mogę. Dowiedziałam się, że powinnam wykazać się zrozumieniem, bo te wszystkie słowa i czyny mam są próbą powiedzenia, że się o mnie martwi. 10lat temu ten argument rzeczywiście w ogóle nie trafiłby do mnie. Ale teraz zdaję sobie sprawę, że ona się martwi - niestety nie do końca o to, o co powinna. Usłyszałam też, że rodzice są po to by nas denerwować i w skrócie nie są po to by nam rozwijać poczucie wartości, tylko po to, by nas ściągać na ziemię - przynajmniej w kryteriach ich pojęcia o rodzicielstwie. I że powinnam zaakceptować to, że to się nie zmieni i żyć dalej.
Przez chwilę się zadumałam. Potem narósł we mnie mój bunt. No bo jak to?! W moim pojęciu rodzice są właśnie po to, by motywować dzieci do działania, by je wspierać i by właśnie jak najbardziej rozwijać w nich poczucie własnej wartości. I właściwie - dlaczego ktoś deprecjonuje mój bunt na takie podejście? Tylko dlatego, że sam zgadza się udawać, ja też mam? Nie odezwałam się ani słowem, bo na szczęście temat już się zmienił. Tylko czy na szczęście?
Temat bardzo płynnie bo opierając się o mam przeszedł do mojego sprzątania, tego, że jak mam (tu S. oparł się na moim niedowartościowaniu z jej strony i stwierdzeniu, że nigdy nic nie robiłam wystarczająco dobrze) nie daję szansy się nikomu wykazać, bo w moim przekonaniu sama zrobię to lepiej (patrz sprzątanie). Wiem już też, że nie wyobraża sobie ze mną życia, bo ja muszę mieć wszystko idealnie ułożone według własnego obrazu/schematu - ciekawe. Najpierw znów się zgodziłam. I próbowałam trochę tłumaczyć, że czasem najgorzej wyplewić z siebie schematy poznane w domu. Potem przeszła mi przez głowy myśl, że przecież nigdy, nawet spędzając tygodnie poza własnym domem z różnymi ludźmi, nie narzucałam nikomu mojej wizji świata Ba, ja tak naprawdę zupełnie nie jestem zainteresowana przestrzenią, która do mnie nie należy. To, że ja muszę mieć coś tam ułożone czy to jak np pracuję, czy to podczas gotowania, nie oznacza, że np bałagan w mieszkaniu S, czy nieład u Pingwina na biurku mi przeszkadza i będę go poprawiać. A tak naprawdę przestrzeń, której określonego ładu będę bronić niczym lwica, to tylko wieszanie prania (i nie jest to tylko i wyłącznie widzimisię, tylko sposób cyrkulacji powietrza)i suszarka w kuchni (tu już widzimisię całkowite, przyznaję), a odkąd jestem sama nie toleruję też zmian na przestrzeni paru metrów kuchni - to teraz po prostu tylko moje królestwo. To i tak dużo. Ale nie wiem czy ryzykowałabym twierdzenie, że dramatycznie.
A potem przyszła mi jeszcze jedna myśl, w której się teraz utwierdzam - przez całe moje dorosłe życie spędzone poza domem rodzinnym nie miałam relacji opartej na partnerstwie. M. miała w nosie jakiekolwiek porządki - mieszkanie mogło stać miesiącami nie ruszone - dla niej pojęcie bałaganu nie istniało. To więc zostawało na mojej głowie - chyba, że wkurwiona rzucałam szmatą, z tekstem, że ja już posprzątam całe mieszkanie, ale ona ma zrobić coś tam. Wtedy rzeczywiście robiła o co 'prosiłam'. Jak miałam mówić o partnerstwie, kiedy nie mogłam jej nawet zmobilizować do systematycznego sprzątania w kuwecie - dodając - kuwecie jej kota? Prawda też była taka, że gdy w przeszłości coś zawaliłam, później starałam się nadrobić na każdym froncie. Byle tylko pokazać, że jestem jednak do czegoś użyteczna. Nie mając więc porównania z relacją, kiedy obie strony wkładają nawet nie ten sam ładunek, ale podobny, by wspólne życie było lepsze i pełniejsze, nie mogę z góry skazać się na myślenie, że jestem fucking perfect i wszyscy schodzić mi z drogi, bo nikt poza mną nie zrobi tego tak dobrze jak ja.
Rozmowa skończyła się na tym, co już w poprzednim akapicie przetkałam - moim wyobrażeniu o moich umiejętnościach względem gotowania i znów ponoć nie daję się nikomu wykazać. S. oparł teorię na tym, że gdy on coś gotuje gdy jesteśmy razem, to ja owszem zjem, owszem powiem, że dobre, ale on widzi, że coś jest nie tak, że to nie to.
Nie powiem - zrobiło mi się bardzo przykro. Bardzo. Pomyślałam sobie, że muszę być straszną cipa, skoro nie doceniam starań przyjaciół. Naprawdę zdołowała mnie ta myśl. Ale po chwili przypomniało mi się, że dopiero w niedzielę mieliśmy wspólny obiad - danie przygotowane przez K. było doskonałe, bardzo mi smakowało. I fakt, ja nie jestem jakaś specjalnie wylewna (i może to jest właśnie powód takiego a nie innego odbioru mojej osoby?), ale pamiętam, że powiedziałam, że pyszne. I pamiętam, że C., która często robi totalnie proste, regionalne dania gotuje dobrze. Potem pomyślałam o tych wszystkich pysznościach u J. i A. - one naprawdę dbają o moje kubki smakowe. A na końcu dotarło do mnie, że S zawsze gotuje standard - KFC. No dobra, gotuje też naprawdę: makaron z kurczakiem i sosem z słoika. A ja wychowana na zupełnie prawdziwym, domowym jedzeniu, kochająca jedzenie pachnące przyprawami - nie powiem, że niczym francuski piesek będę kręcić nosem - nie, zwyczajnie zjem. Nie powiem też, że jest złe, bo i mnie zdarza się tak na szybko zaspokoić swój głód. Ale nigdy nie powiem, że jest czymś wybitnym. I mimo, że doceniam wysiłki S. (bo gotować to on nie lubi), to w mej podświadomości nigdy nie uznam tego za gotowanie.
Żeby jednak nie popadać w euforię i nie idealizować się zbytnio, napisałam z pytaniem, czy dziewczyny odnoszą wrażenie, że wg mnie ja wszystko robię najlepiej. Czekam na odpowiedzi. K. spytam jutro. Jeśli potwierdzą, załamię się - to znaczy, że ludzie rzeczywiście widzą mnie inaczej, niż ja samą siebie.
Po zastanowieniu: jeśli mój potworny ból głowy był somatyczny to z pewnością podyktowany był tą rozmową. Teraz zaczyna się znów.
Już jest 5:05, a ja się rozpisałam.