czwartek, 22 marca 2012

...

Płaczę nad talerzem knedli i nad serkiem wiejskim. Łzy wpadają do jedzenia. Nie szkodzi, zjem. Przecież to moje.
Płaczę przed wystawą sklepową i przy zakupach. Łzy płynące po policzku do ust - połykam. Resztę szybkim ruchem wycieram ręką. Nic nie szkodzi, już się uśmiecham.

Nie towarzyszą mi żadne myśli, żadne bodźce, a jednak... Pali mnie sól na policzkach. Przy każdej nadarzającej się okazji. Czasem ukradkiem oblizuję palce by się upewnić, że to na pewno ja. I aby sprawdzić, czy łzy przypadkiem nie zmieniły smaku. Bo może jeśli one się zmienią, to będzie znak, że zmienia się coś we mnie?

Smutek mam scalony z układem nerwowym.
Wciąż.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz