sobota, 3 marca 2012

Eat Pray (Love you could throw away)

Żartuję ostatnio, że według niektórych, którzy czytają moje posty na fb, zeżrę wszystko co się da, a z sypialni przeniosłam się na łóżko polowe w kuchni.
Bawi mnie to. Sama więc podsycam te żywe zainteresowanie, płodząc namiętnie kolejne posty o tym, co aktualnie gotuję i piekę. Zastanawia mnie to, bo nigdy nie pisałam ile naprawdę jem. I nawet jeśli gdzieś tam w komentarzach pozwolę sobie na przyznanie, że mam problem z jedzeniem (umówmy się, mało kto przebrnie przez kilkadziesiąt komentarzy, by się mojego wyznania doczytać, a już na pewno nie osoby niepowołane, które czytają głównie posty), to z tych postów wynika przecież jedynie, że jem. I może jem trochę lepiej i nieco inaczej niż wszyscy, ale to wciąż podstawowa potrzeba człowieka. Tyle, że fakt - raczej nikt nie pisze codziennie (czy może co drugi dzień), że robi na śniadanie racuszki, na obiad curry, a w ramach deseru robi ciasto czekoladowe. I zastanawiam się, czy wynika to z uznania jedzenia za potrzebę niższego rzędu, czy może z tego, że ludzie nie jedzą ciekawie i w jedzeniu nie znajdują większych przyjemności?
W każdym razie, z niekłamaną satysfakcją publikuję efekty przygotowania chilli, w którym zapomniałam o papryce, czy ciasteczek owsianych, których nie mogłam wyciąć foremkami w kształcie kotów. Z niekłamaną satysfakcją czytam, jak gdzieś w kimś drga, że ja mam, a on nie. Albo, co cieszy mnie zdecydowanie najbardziej, głośno przyznaje się, że pod moim wpływem zrobił sobie coś dobrego.

Tak - moje życie z ostatnich kilku miesięcy kręci się wokół jedzenia. Kręci się, bo to aktualnie jedyna przyjemność (czy cień przyjemności) jaką znajduję. Tak, kręci się, bo ostatnio czasem łudzę się, że te kilkadziesiąt minut nad przygotowaniem czegoś dobrego do jedzenia da mi zastrzyk dobrego nastroju.
I z drugiej strony - tak, kręci się, bo z każdym kolejnym dniem mam coraz większe wyrzuty sumienia nad faktem, że potrafię pochłonąć kilka tysięcy kalorii. I coraz bardziej mnie martwi to, że zwracam uwagę na ilość owych kalorii. Martwi mnie, bo boję się wziąć odpowiedzialność za to ile jem.
Boję się przejąć kontrolę w tej dziedzinie życia, bo nigdy nie lubiłam swego ciała. Boję się, bo jako nastolatka tak głęboko nie akceptowałam swojego wyglądu, że tylko znacznie większy strach przed zniszczonym zdrowiem i życiem powstrzymywał mnie od podporządkowania życia liczeniu kalorii.
A najbardziej boję się, bo teraz nie boję się ani utraty zdrowia, ani utraty życia - bo obu nie mam.

I uzmysłowiłam to sobie przed chwilą siedząc w wannie. Zwinęłam się więc w pozycję embrionalną i płakałam, aż woda zrobiła się całkiem zimna.
Albo przestanę się kąpać, bo wszystkie tego typu przemyślenia mam właśnie ostatnio podczas leniwych kąpieli, albo sesje terapeutyczne zacznę urządzać sobie w wannie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz