Śmieję się tam zewnętrznie. Na kawach, na których S. opowiada mi o głupocie innych, w tych bzdurnych rozmówkach wirtualnych, z osobami, których czasem nawet nie znam. Śmieję się, gdy okazuje się, że ludzie, których uważałam za przyjaciół nie odzywają się dwa miesiące, albo robią ze mnie idiotkę, byle sami na takich wyjść nie musieli. Śmieję się, choć wcale nie jest mi do śmiechu. Co pięknie podsumuje mój komentarz pod postem jednego ze znajomych, który głosił: 'Życie jest lepsze, kiedy się śmiejesz', mój błyskawiczny komentarz mówił: 'Zdecydowanie. Ja się śmieję, a inni mają lepsze życie'.
Śmieję się, bo mam w sobie na tyle siły, by znów udawać, że wszystko jest w porządku. Bo znów potrafię odgrywać mój teatrzyk. Śmieję się, bo głupio mi obnosić się z tym, że mi źle. Bo wciąż nie daję sobie prawa do słabości. Z uporem maniaka więc śmieję się, bo śmiech tak idealnie zakrywa wszelkie niedoskonałości, wszelkie wady. Idealnie ukrywa ból, cierpienie i lęk.
Śmiech skutecznie też zastępuje rozmowę, tę na poważne tematy. I niweluje pytanie 'a jak tam u Ciebie?' które ma za zadanie sprawdzić co w mojej głowie.
A dziś znów jest ten beznadziejny dzień. W zasadzie myślę, że wczoraj po prostu się nie skończyło. Tak, to taka doba, która ma 48h, a została przerwana drzemką, z której nie mogłam się wybudzić.
Wyję więc dziś drugi dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz