Od dłuższego czasu przewija się w mojej głowie myśl, że może powinnam rozprawić się z własnym życiem jak dziesięć lat temu. Zabrać kilka rzeczy i zmienić miejsce zamieszkania. Zmienić otoczenie i ludzi mnie otaczających. Tym samym zmienić siebie.
Istotny jest bowiem fakt, że te dziesięć lat wstecz było swoistym katharsis. Było też szczęściem. Niezależnie od tego, jak do tego doszło, co wówczas przeżyłam, byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. A z pewnością byłam najszczęśliwsza w całym swoim życiu.
No dobra - okres gdy rządziła w moim sercu odległość ~1600km był równie szczęśliwy. Tylko skończył się mniej przyjemnie, więc nie warto nawet wspominać.
Może i byłby to pomysł, gdyby nie to, że nie strzelę sobie w nogę wiedząc, że moje konto świeci pustkami i absolutnie mnie na to nie stać. Nie stać mnie też już na to, by nie przejmować się tym czy mam dach nad głową. Ani pomijać kwestię bezpieczeństwa parków nocą. Zważywszy że nocne 'bezpieczeństwo' pod domem przyjaciół już przerabiałam. Stosunkowo zresztą niedawno.
Czuję potrzebę zmiany. Dużą potrzebę. Jednocześnie nie czując żadnego motoru napędowego. Ba, czasem nie jestem w stanie dojść dalej niż do łazienki. A jakby tego było mało - potrafię wszystko spartaczyć, byleby mieć święty spokój.
No tak. Nic w sumie dziwnego, gdy ludzie nadzwyczajnie mnie irytują. I nie chodzi już tylko o moje przewrażliwienie, niedopasowanie, robienie z igieł wideł, czy jakkolwiek sobie to nazwę. Chodzi o ludzi, ich podejście do życia, ich system wartości, moralność, czy też raczej brak dwóch ostatnich.
Mam czasem wrażenie, że jestem z innej epoki, teleportowałam się w czasie i kompletnie nie rozumiem otaczającego mnie świata.
Wiem, że jestem idealistką, co mnie samej też czasem to przeszkadza. Ale obserwując ludzi, i to tych, z którymi jestem bądź byłam blisko, wydaje mi się, że ich jedynym ideałem jest lekkie, łatwe życie. Koniecznie bogate - w sensie dosłownym. Nie zapominając też o tym, by było przepełnione dobrą rozrywką. Jasne, jestem w stanie zrozumieć, że to ostatnie jest ważne. Nie jestem w stanie pojąć dlaczego ma się to odbywać kosztem innych.
Obserwuję GRACZY, których wokół mnie jest coraz więcej. Nastawionych na zaspokajanie swoich potrzeb wszystkimi możliwymi sposobami. Jedynym ograniczeniem zdają się być ich własnych chęci. Zapominają, a raczej mają w poważaniu, że z drugiej strony stoją osoby wyposażone w uczucia. Budują więc napięcie i swoje ego. Muszę dodawać, że osobami, których strunami grają, w gruncie rzeczy nie są bliżej zainteresowani? Zainteresowani są jedynie popędem i tanią rozrywką. I niech się ktoś oburzy. Dla mnie spędzanie czasu z ludźmi po to by mamić, ustawiać i strofować dla własnej przyjemności, by za chwilę zmienić zupełnie swoje zachowanie zawsze będzie tanie.
Dlaczego to poruszam i dlaczego mnie to rusza? Powody są dwa:
1) Jakiś czas temu sieć obiegło zdjęcie, z parą staruszków opatrzonych popisem, że spędzili ze sobą 50lat. Pod spodem znajdywało się pytanie, jak im się to udało, ma które odpowiedzią było to, że oni urodzili się w czasach, kiedy gdy coś się psuło zamiast wyrzucane było naprawiane. I ja właśnie czuję się jak z tej ich epoki. Niejednokrotnie wyrządzając sobie krzywdę, robiąc gwałt na swoich zasadach i moralach robiłam wszystko, by to co tworzę miało jak największe szanse na przetrwanie. Chciałam po prostu móc ze spokojem spojrzeć w swoje odbicie w lustrze i powiedzieć 'robiłam co mogłam'. I jasne, zdaję sobie sprawę, że nie byłam idealna w tym naprawianiu. Wiem już teraz, że nie da się samemu robić tego, co powinny robić dwie osoby. A już na pewno nie można samemu niczego nadrobić, gdy tą drugą osobą jest GRACZ. Ale przynajmniej mam spokojne sumienie, bo rzeczywiście zrobiłam co w mojej mocy.
2) Drugim powodem jest to, że ważną mi osobę pochłonęła GRA, przez co coraz trudniej mi zrozumieć tę osobę. Ot, rozmijamy się z poglądami życiowymi. Nie denerwowałoby mnie to, gdyby to nie był kolejny 'ktoś bliski'. I może łatwiej byłoby zrozumieć gdyby wartość przyjaźni pozostawała stała. Niestety po usłyszeniu w jakim tak naprawdę jestem stanie, zostały wprowadzone zasady ograniczonego kontaktu - 'telefon dla uspokojenia sumienia'. I gryzie mnie to dlatego, że znów mogę powiedzieć 'robiłam co mogłam' gdy ta osoba mnie potrzebowała. A oprócz tego mogę powiedzieć 'znowu tak samo, gdy ty jesteś, jest dobrze, gdy ty potrzebujesz, okazuje się, że nie masz od kogo'
I na koniec wracając do potrzeby zmiany - najchętniej wskoczyłabym do samolotu lecącego do Argentyny czy Wenezueli i zamieszkała w jakieś wiosce. Łudząc się, że tam wartości jakoś wolniej się dewaluują. A ponieważ nie stać mnie nawet na 1/3 biletu pozostaje mi google maps.
__________
Z Lenny'm na pokładzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz