Mogłabym umrzeć już teraz. Przynajmniej ktoś jeszcze przyjdzie na mój pogrzeb, a potem zatańczy na stole, w imię mojego życzenia.
Zdaje się, że systematycznie buduję swoją samotnię. Odsuwam się od ludzi. Czasem czekam, aż ktoś sobie sam przypomni, że gdzieś tam istnieję, funkcjonuję. Ale nawet najbliżsi przyjaciele przypominają sobie od święta, albo gdy potrzebują towarzystwa na imprezie. Jak zwykle - gdy się nie upomnę, nie dostanę nic. Tylko po co mam się upominać? Nie pozostało mi do powiedzenia nic, czego bym nie powiedziała, albo co chciałabym powiedzieć. W towarzystwie jestem jeszcze bardziej milcząca niż kiedyś.
Tak, nie mam o czym rozmawiać z ludźmi. Bo ludzie nie przywykli, czy też odzwyczaili się od rozmów innych jak te, o pracy, chorobach, dzieciach, wyjazdach, ogólnie o życiu.
A mnie życie znudziło. Siedzę na tyłku, nie pracuję, nie mam dzieci, a przerabianie chorób w okresie, kiedy leczenie tarczycy zarzuciłam pół roku temu, wydaje mi się nie na miejscu. Nie narzekam już nawet na drugą osobę, bo wydaje mi się to bezcelowe i nie prowadzące do niczego. Bo w istocie takie jest. Nie ponarzekam na siebie, bo nie będę się narzucać, ani przerzucać ciężaru za własną niezdarność życiową na innych ludzi. Prawdą jest też to, że coraz częściej odbieram ich w kategorii obcych.
Znów zgrywam twardą dziewczynkę, a na pytanie dziewczyny mojego byłego szefa, gładko kłamię 'jasne, że pracuję, wprawdzie robię coś innego, ale'. Gładkie kłamstwa, to coś, czego nauczyłam się sto lat temu i znów wyciągam tę umiejętność jak asa z rękawa. Make-up, uśmiech, zrobione paznokcie, różowa, neonowa sukienka, zmyślone życie. Coraz rzadziej, na szczęście, muszę się tak nagimnastykować. Gdy kontakt utrzymuje się z filmami, spokojnie można się zaszyć w kołdrze, w polarowym dresie.
Czekam. Podświadomie, coraz częściej włączając w to świadomość, czekam na dzień, taki jak niespełna dziewięć lat temu. Kiedy wyjdę, zamknę drzwi i zacznę nowe życie. Jednak wydaje mi się, że swój limit 'innych żyć' już przerobiłam. Nie jestem kotem. A i za stara jestem na takie numery.
Zawsze bałam się pustki, samotności i śmierci. A teraz, zupełnie świadomie zbudowałam sobie ową próżnię. I tylko śmierć przestała wydawać się takim strasznym wydarzeniem. Czyż to nie ironia losu?
Nie wiem czy czuję się lepiej czytając to, co piszesz. Może jest mi lepiej, może Tobie będzie lepiej wiedząc, że nie jesteś osamotniona w tym co czujesz. Iza
OdpowiedzUsuńna umieranie mamy czas. Daj się ugadać na kawę czy herbatę, pomilczymy obie.
OdpowiedzUsuńJuż wiesz czemu na słowo "praca" mam ochotę strzelać. Oraz dlaczego nie lubię widywać się z ludźmi - dla większości istnieje tylko jeden temat - praca, żeby jeszcze dupcyli o swojej.. to nieeeeee ich zawsze interesuje gdzie KTOS robi. Chyba tak dla poprawienia humoru ze im sie trafila chujowa robota to moze inni maja gorzej ;)
OdpowiedzUsuńIza -> Nie piszę po to, żeby komuś było lepiej. Nie jestem nawet pewna, czy robię to po to, żeby sobie ulżyć.
OdpowiedzUsuńJ. -> Chętnie. Ale milczenie nie jest warunkiem obowiązkowym :)
a -> Wiem, że mnie mógłby ktoś ustrzelić, właśnie za słowo 'praca'...