Zastanów się dobrze czego chcesz, bo możesz to dostać.
Albo precyzuj życzenia.
Chciałam emocji. Dostałam. Niestety. To nie to. Czuję się teraz trochę tak, jakby ktoś usiadł mi na klatce piersiowej. Wczoraj serce waliło mi jak oszalałe, w głowie tętniło, tworząc mętlik. Na szczęście nie wpadłam na pomysł mierzenia sobie tętna, a ciśnieniomierza nie mam. Inaczej leżałabym pod kroplówką w szpitalu.
Zastanawiam się co ze mną jest nie tak. Coś musi. Nie rozmawiam z ludźmi, a jeśli już, to na zupełnie błahe tematy. Unikam spotkań. Dobrze czuję się tylko w sprawdzonym towarzystwie. Nic dziwnego, bo jeśli tylko otworzę usta, jeśli tylko zacznę z kimkolwiek prowadzić bliższą znajomość, choćby dla mnie to była najbardziej luźna, niezobowiązująca, dla drugiej strony błyskawicznie robi się czymś więcej.
Wczoraj podsumowałam moje znajomości. Przyjaciel gej - niegroźny. Para przyjaciół hetero - ona niegroźna, on gdyby mógł chętnie by się mną zaopiekował, tylko trochę nie wypada. No i J. Nie do końca rozumiem fenomen tej znajomości. Choć bardzo się cieszę, że otwierając usta nie muszę martwić się o kolejne wywoływane emocje. Pomyślałam, że to dlatego, że ma A. Co dla mnie jest zupełnie zrozumiałe.
I to tyle. Tyle z osób, z którymi mam stały, normalny kontakt. Taki, który nie powoduje u mnie skurczy żołądka. Każdy inny kończył się 'ja Cię prawie kocham', 'kocham Cię', albo 'nie potrafię tego określić, ale dawno tego nie czułam'.
Wczoraj było właśnie to ostatnie. Zaraz potem 'potrafię się zatroszczyć o siebie... i o Ciebie' a gdzieś między 'mam... odpuścić? nie postępować tak jak czuję? nie doceniasz mnie'. Na samą myśl jest mi słabo. Na samą myśl, że znów jest to samo. Dlaczego wszędzie gdzie się pojawię, musi się jednocześnie pojawić ładunek emocjonalny? Dlaczego on się pojawia teraz, kiedy jest dla mnie przykrością? Kiedy nie czuję się na siłach. Przecież w tą znajomość nie włożyłam ani grama siebie. Dozując informacje, dozując siebie, emocji w ogóle nie włączając, myślałam, że ochronię siebie, ją. I jak widać - nie potrafię.
Kupię sobie kaganiec. Albo knebel założę, a palce, żeby nie mogły nic napisać, poucinam. W innej wersji, pójdę do klasztoru. Złożyć śluby milczenia.
Amen.
stanowczość i dystans, i określanie granic na początku znajomości - to chyba odpowiednie podejście
OdpowiedzUsuńDystans był. Dużo dystansu. Rozmowy o niczym konkretnym. Nigdy o czymś poważnym. Brak rozmów też. Dużo, dużo milczenia. Informacja o niechęci do nowych znajomości nie przyniosła spodziewanego efektu. Nie podziało to, że niestety moje emocje i zaufanie są gdzieś daleko. Nie pomogło nic. A teraz ja czuję się odpowiedzialna ze oswojenie, przyzwyczajenie, za emocje. Słusznie zresztą.
OdpowiedzUsuńa jednak jest coś co otwiera ładunek emocji, zarówno u Ciebie jak i u drugiej osoby, może druga strona jakaś niedojrzała do poważnych dyskursów? Ewentualnie jest Matka Teresa mode on i garną się do Ciebie sieroty tego świata? ;)
OdpowiedzUsuń