Przedstawiam wszystkim wygodną wersję samej siebie. Znów gładkimi kłamstwami tłumaczę, że potrafię być ze sobą. Że pogodziłam się z samotnością. Kłamię tak sprawnie, że czasami sama w to wierzę. A tak naprawdę pogodziłam się z tym, że historia jest zmienna, że los toczy się we własnym, nieprzewidywalnym kierunku. Pogodziłam się, że nie ma u mego boku M. i z tego jednego jestem nawet bardziej niż zadowolona. Jednakże z samotnością pogodzić się nie potrafię. Mimo, że czasem potrzebuję przestrzeni do swobodnego oddechu.
Zauważyłam, że im bardziej samotna się czuję, a zdarza mi się to coraz częściej, tym bardziej wyłączam się ze świata zewnętrznego. Tworzę sobie więc błędne koło. Zamykam się w świecie książek, czy wizji reżyserskiej oglądanego obrazu. I na ogół wyłączam myślenie. Mogłabym powiedzieć, że jest mi wtedy dobrze, ale to tylko zawieszenie. Do czasu, aż słowa, obraz, dźwięk nie doprowadzą mnie do bezdechu na kanapie.
S.: Nie jest Ci samotnie tak samej w domu?
Ja: Nie. To znaczy wiesz - mam swoje dni, ale nauczyłam się być ze sobą.
S.: I co robisz, jak nie chcesz być sama?
Ja: To nie jestem. Albo i jestem.
Nie zauważył, że spotykamy się rzadko, jak na nas bardzo rzadko. Normalnie zapytałby, z kim się zatem widuję. Widujemy się tylko, kiedy on sam zaproponuje spotkanie. Choć czasem pyta, dlaczego się nie odzywam, to nie zauważył, że relacja nam się zmieniła. I nie wie, że już nie wróci na swój pierwotny tor. Ciężko mi się już chyba przyjaźnić. Ciężko, bo nie chcę wchodzić w relacje, w których dostanę po tyłku. A już na pewno nie wejdę w relację, w której już raz po nim dostałam. Z reszty na wszelki wypadek sama się wycofuję.
W tym moim strachu czasem boję się, że strach będzie jedynym pełnoprawnym towarzystwem mojego życia.
PS. Nienawidzę jesieni. Nienawidzę zimy. Nienawidzę zimna i braku słońca - wtedy zawsze jest mi jakoś gorzej. Trzecia z kolei zapowiada się istną tragedią.
I choć ostatnim marzeniem kilku miesięcy jest wyjazd do Norwegii i Szwecji, wiem, że za Chiny Ludowe nikt mnie tam nie wyśle na stale. Liczba samobójstw z powodu pogody jest tam za wysoka.
Ja też chcę tam kiedyś pojechać, na północ. Na razie to odkładam na potem. Ale dobrze mieć coś takiego do zrealizowania. Ja się tak już dawno wycofałam ze znajomości i przyjaźni, ale mam rodzinę, zawsze jest ktoś w chałupie, więc nie czuję samotności. Ktoś by Ci się przydał, to pewne. Tego Ci życzę.
OdpowiedzUsuńDobrze mieć, bo bo od lat nie mam marzeń. Nie wiem tylko, czy z zrealizowaniem problemu nie będzie. Ale cóż, zawsze mogę użyć google maps.
OdpowiedzUsuńTeż mam rodzinę, i choć doceniam, że ją mam, że mogę na nich liczyć, to bywa, że mam przesyt. Może dlatego, że czasem wygląda to bardziej jak obowiązek meldunkowy niż przyjemność.
Samotność odczuwam i wśród ludzi, i z drugim człowiekiem u boku. W moim wypadku obecność ludzi w żaden sposób nie redukuje samotności. Od pewnego czasu już nie.
A co do tego, że by ktoś się przydał - chyba nie. Tzn tak, czuję samotność. Nie, nie czuję potrzeby szukania kogoś. Nie czuję potrzeby posiadania. Więcej - myślę, że na swój pokręcony sposób dobrze mi. Nie wyobrażam sobie bowiem teraz nikogo w moim życiu. Myślę, że żadne z nas (ja i ten ktoś) nie odnalazłoby się w tej relacji. Ja z pewnością. A dla tej drugiej osoby byłaby to męczarnia.